Click Me Click Me Click Me Click Me Click Me
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 czerwca 2014

Dziecko

Nie prosiło się samo na ten świat. Z komórki jajowej i plemnika, z mikroskopijnie małego zarodka narodziło się. Dziecko. 

Dziecko żyje w Teraz. Czasem myśli o tym, co było, rzadko o tym, co będzie. Bo co to znaczy 'za chwilę' czy 'jutro'. 

Jak jest szczęśliwe to mało domu nie rozniesie z tej energii. Jak jest smutne, wystraszone, rozczarowane, złe, jest takie każdą komórką swojego ciała. 

Patrzę na Dziecko i uczę się tego wszystkiego na nowo, tej uważności, którą mają wszystkie dzieci a której dorośli muszą na nowo uczyć się na słono kosztujących kursach o skomplikowanych nazwach. Tej prostej, tak wzruszająco prostej empatii, kiedy jak jestem zła, Dziecko przychodzi do mnie i klepie mnie po plecach pocieszająco lub daje buziaka. Tego samozadowolenia płynącego z każdej najmniejszej czynności. Tego zaufania do świata, że jest dobry i bezpieczny. Tego zaufania do samej siebie, że jestem godna zaufania, że mogę Dziecku i sobie zapewnić poczucie bezpieczeństwa. 

Mogę dzięki temu dokochać, dopieścić moje wewnętrzne dziecko, którym nigdy nie byłam naprawdę. Pohuśtać je na huśtawce, zjeść z nim watę cukrową, pochlapać wodą w kąpieli, pocałować stłuczone kolano. 

Macierzyństwo to dla mnie sytuacja win-win. Nie wyobrażam sobie życia bez Dziecka. Nie wyobrażam już sobie życia bez Tosi. Macierzyństwo to jakby na niebie rozbłysły wszystkie gwiazdy. 


wtorek, 29 kwietnia 2014

Terapia, warsztaty, smak.

Kiedy alergie Tosi wymogły na nas zmianę diety, gorączkowo i rozpaczliwie szukałam przepisów na coś zjadliwego.

Trafiłam na blog Smakoterapia.

I tak zaczęło się zmieniać nasze życie.

W weekend tak się szczęśliwie złożyło, że i ja i warsztaty Smakoterapii znaleźliśmy się w Poznaniu. Nie mogło mnie tam zabraknąć.

Pięć godzin gotowania, zdobywania i wymieniania wiedzy inspiracji, doświadczeń.

Trudno się było przebić w tym zgiełku, zamieszaniu i hałasie warsztatowym, a ja do tego wszystkiego nie jestem z tych przebojowych, więc nie zadałam wielu pytań, które chciałam zadać.

Ale wyszłam z głową spuchniętą i bolącą od wiedzy, planów, możliwości.

Stopniowo, powoli (bo niestety kosztownie) będziemy zmieniać swoje otoczenie na zdrowsze, bardziej przyjazne. Wielu rzeczy chcę spróbować, na wiele spraw otworzyły mi się oczy i serce. Te warsztaty to w chyba najmniejszym stopniu były o gotowaniu.

Ale i gotowanie było pyszne. Szereg w sumie prostych, a naprawdę smacznych i megazdrowych dań. A najprostszy i najważniejszy dla mnie dowód, że było warto? Tosia przybiegająca co chwilę do kuchni po 'nowy' chlebek jaglany i wołająca 'esce mniam' pokazując na pastę z adzuki.

Zdjęć z warsztatów nie mam, bo ani czasu ani głowy na to nie miałam ;) Każdemu polecam warsztaty z Iwoną, naprawdę warto. :)

sobota, 8 lutego 2014

Sama prawda. Ja i borelioza.

To się zaczęło jakoś pół roku przed maturą.
Wtedy wszyscy mówili - stres przed maturą. Nerwica. Dziś już wiem, że to ujawniła się borelioza pod wpływem wielkiego stresu.

Zaczęło się od bólu w klatce piersiowej i plecach. Jakby mi ktoś serce na drugą stronę przewracał. Jakby mi się płuca skurczyły. Łapanie oddechu.

Potem doszły drętwienia nóg, rąk i twarzy. Piszę piszę i nagle mi długopis wypada z ręki. Albo mi się zaczyna ręka trząść tak, że nie mogę pisać. Uczucie, że tracę władzę w połowie twarzy, jak przy udarze.

Jeden lekarz, drugi, trzeci. Nerwica. Psycholog. Jeden, drugi trzeci. Nerwica lękowo-depresyjna. No tak, to też.

Bóle żołądka, bóle wątroby, bóle trzustki. Zaburzenia widzenia. Bóle i tak wielkie zmęczenie nóg i rąk, że każdy krok był wielkim wysiłkiem. Zawroty głowy.

Raz jedno, raz drugie, albo wszystko naraz.

Jedno badanie, drugie, piąte, wszystkie w normie, okaz zdrowia. Hipochondryczka.

Coraz więcej czarnych myśli. Coraz większe lekceważenie ze strony służby zdrowia.

I tak minęło dziesięć lat prawie. Mało było dni w tym czasie, kiedy mi nie dolegało nic.

Aż pewnej niedzieli w czerwcu zeszłego roku złapałam nad jeziorem kleszcza. Po kilku tygodniach badania.

IgM ujemne, uff. Nie zaraził mnie gnojek.

IgG dodatnie. O kurwa. Boreliozę mam. Starą taką. Dobrze zadomowioną.

I wszystko stało się jasne. Nie jestem hipochondryczką. Mam boreliozę.

I wiecie, odkąd mam diagnozę, czuję się zaskakująco dobrze. Bo jak mi coś drętwieje, czy boli, nie nakręcam się myślami co to może być, jaki rak czy inne stwardnienie rozsiane, tylko mówię sobie, to borelioza. I zamiast ciągnąć się tygodniami jak wcześniej, mam jakiś objaw kilka godzin, maks dni.

Od sierpnia patrzą na mnie z szafki z lekami antybiotyki i inne leki za małe tysiąc złotych (kwota za dwa miesiące leczenia).

Najpierw odwlekałam, bo muszę przytyć po odstawieniu małej. Potem odwlekałam bo cośtam. Boję się zwyczajnie. Bo leczenie może być gorsze niż sama choroba przez jakiś czas. Skutki uboczne leków, reakcje na toksemię w wyniku wybijania bakterii.

Ale dość już tego. Po urodzinach Tosi biorę byka za rogi. To, że się teraz względnie czuję, nie znaczy, że za miesiąc czy rok borelioza nie zabierze mi zdolności poruszania się albo jasnego myślenia. A jestem potrzebna dziecku zdrowa. Silna. Sprawna intelektualnie. Boję się jak nie wiem. Ale nie mam wyjścia.

Będziecie ze mną?

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Emocje

Przeszukując sieć w poszukiwaniu czegoś, co nam zapewni rozrywkę na długie zimowe spędzane w domu dni, znalazłam karty Emocje.