Click Me Click Me Click Me Click Me Click Me

sobota, 31 maja 2014

'Idzie nie' czyli warsztat plastyczny DnW

Tosia ma fazę 'idzie nie' w kwestii rysowania i wszelkich sztuk plastycznych. To oznacza, że chce rysować/malować/wycinać/itd, ale jak tylko coś pójdzie nie po jej myśli, mówi, że jej nie idzie i porzuca temat.

Więc wyobrażacie sobie, jak opornie nam szedł ten warsztat?

Ale jest. Przedostatni.

Plastycznie u nas w domu dzieje się coś ciągle, więc w sumie jedyną rzeczą, jaką zrobiłam specjalnie i po raz pierwszy z Tosią były kwiaty z krepy.

Odkryłam ostatnio w Ikei fajne farbki, w takich tubkach z aplikatorem, fajnie się nimi maluje tylko kolory dość żarówiaste. Ale Tosia po nie chętnie sięga, wyciska a potem paćka ręką lub pędzelkiem.  

Tu wycinanie, mała dostała jakiś czas temu normalne ostre nożyczki i oczywiście pod nadzorem uczy się jak ciąć. W ramach zabawy wycinankami, powycinałam jej elementy twarzy a ona miała je przykleić gdzie trzeba. jak widać, wyszło idealnie :) 

Korzystamy też z tzw zeszytów przedszkolaka/dwulatka itd. Wiele 'zadan' mała już jest w stanie zrobić, jest powoli w stanie skupić się na tym, że jest jakieś konkretne polecenie, typ nakleić naklejkę w określonym miejscu, albo jak na obrazku powyżej, dorysować koła samochodowi. Nie pomagałam jej wcale! 

Tu wycinamy, wydzieramy i kleimy. Klejenie nie jest tym, co Tosia lubi najbardziej. A dlaczego? Bo klej się klei ;) Do rączek ;) A ona hrabina rączki lubi mieć czyste ;)

I na koniec kwiatki. Jak zrobić kwiatki z krepy znajdziecie choćby u Karlitki na blogu. Dla Tosi są to jeszcze prace zbyt precyzyjne, pomagała jak umiała, ale to głównie ja je robiłam. Ona w tym czasie - upiekła jedną rolkę krepy w swoim piekarniku, przykleiła kotu do ogona taśmę klejącą, poroznosiła wypełnienie do poduszek po całym domu, razem z kotem porozwalała słomki po całym domu... Nudy nie było ;)

Miałam w planach jeszcze inne rzeczy, ale nie mogłam nigdzie dostać farbek do tkanin... Innym razem. :)

A już za miesiąc warsztat warsztatów - u nas będzie gorrrąco! Teraz zapraszam was na pozostałe projektowe blogi po całe worki plastycznych inspiracji!



środa, 28 maja 2014

Warsztat historyczny DnW


Z tragicznym poślizgiem, ale jest. W ramach warsztatu historycznego zdecydowałam się na dinozaury i ogólnie pojętą prehistorię. Postanowiłam wykorzystać różne materiały, i to był błąd jak się okazało, bo zamówiona paczka ze względu na znikający przelew szła do nas przeszło miesiąc :/ Zależy mi na tym, by materiały były po polsku, więc nie mogłam tego kupić tu w DE. Ale w końcu dotarły i dziś mam na tyle szybki internet by załadować zdjęcia. 

Żeby zapoznać małą z tematem nabyłam kilka książek, kolorowankę, naklejki i figurki dinozaurów. I tak nam czas upływał na czytaniu, oglądaniu, bazgraniu, naklejaniu i odgrywaniu scenek stworkami....

Oglądamy książkę Świat w obrazkach. Dinozaury i prehistoria (wyd. Olesiejuk). Ostatnio to ulubiona lektura balkonowa. :) Znajdziecie tu mnóóóstwo informacji o dinozaurach i pierwszych ludziach. Bardzo lubię tę serię, mamy z niej również Muzykę.  

 Książki z naklejkami, naklejki oraz genialna duuża kolorowanka z naklejkami wydawnictwa Zielona Sowa. 


Ukochany typ książek - z dźwiękami... Tu Hałaśliwe dinozaury wyd Olesiejuk, sympatyczna i krótka historyjka o pewnym zmęczonym triceratopsie. :)

Ostatnią książką, którą kupiłam na ten warsztat jest Dinozaury i inne gady kopalne z serii Co kryją okienka, wydawnictwa Olesiejuk.

Dodatkowo na stronie dyskontu książkowego Aros dostałam bardzo tanie figurki dinozaurów z jakiejś serii, którą wypuścił kiedyś Fakt, a którymi teraz się świetnie bawimy. (Niemal codziennie jak idę spać kładę się na jakimś t-rexie albo stegozaurze...)

Nie mam pojęcia ile Tosia przyswoiła z tych warsztatów, nazwy dinozaurów łamią język niejednego dorosłego, ale myślę, że warto zaszczepić w dziecku ciekawość, jak kiedyś wyglądało życie. Sama pamiętam jak spędzałam długie godziny czytając książki o dinozaurach. :) 

W ramach warsztatu historycznego byliśmy też w Muzeum Rolnictwa w Szreniawie, ale zdjęć z tego nie mamy, bo zapomnieliśmy wziąć aparat. :( Tosi najbardziej podobały się wieeeelkie maszyny rolnicze i przede wszystkim zwierzęta - bo jest tam też mała farma, na której są i konie, i krowy i świnki i kozy i w ogóle zawrót głowy. Kacze pisklaki i jagniątka były największym hitem. :)

 PS Szczerze powiem, że na warsztatach historycznym i plastycznym poległam, mam mnóstwo pomysłów na warsztaty biologiczno-naukowe, ale takie tematy jak dzisiejszy czy plastyczny z moją dwulatką ciężko idą. Za to mam genialny pomysł na warsztaty czerwcowe i to naprawdę będzie u nas warsztat warsztatów. A zaczniemy go realizować już w przyszłą niedzielę :) :) :)
I tradycyjnie zapraszam na inne blogi warsztatowe:


wtorek, 27 maja 2014

Kinderturnen

Pisałam już kiedyś, że Tosia chodzi na tzw Kinderturnen. To zajęcia sportowe, my akurat mamy grupę 1,5-4 lata. Polegają one na tym, że na sali rozstawione są różne sprzęty gimnastyczne, różne tory przeszkód, przyrządy do skakania, wspinania się, huśtania i wszystkie dzieci latają po sali, włażą gdzie się da, krzyczą, śmieją się, ogólnie rozpierducha na całego. W mojej grupie rodzic jest z dzieckiem na sali, w grupie powyżej 4l już dzieci są same.

Widzę same plusy tych zajęć. Tosia je kocha. Ledwie tam wejdziemy, już chce lecieć na salę. Kiedy się kończą, płacze rzewnymi łzami wołając 'jesce, jesce'... W drodze powrotnej najczęściej zasypia, po półtorej godziny maksymalnego wysiłku fizycznego.

Odkąd tam chodzimy, zauważyłam duuży wzrost jej sprawności fizycznej i odwagi. Na placu zabaw wspina się na wszystko co się da, jak mała małpka. Uczy się podskakiwać na obu nogach. Dziś na zajęciach odepchnęła moją rękę i sama poszła na wąziutkiej równoważni. I nawet to, że z niej spadła (na miękkie materace), nie spowodowało, że za drugim razem chciała iść z asekuracją.

Uczy się też, że trzeba czasem poczekać na swoją kolej, bo na trampolinę i do huśtawek zawsze jest kolejka. Cierpliwie czeka, kiedy jej wytłumaczę, że najpierw dzieci przed nią skorzystają ze sprzętu a potem ona. Co jakiś czas tylko przypomina 'ja tes'.

Jest w tym wszystkim tak rozentuzjazmowana, biega cała roześmiana po sali, od razu zwróciła na siebie uwagę opiekunów grupy :)

Btw jak patrzę na 4latki z pieluchą to mi słabo... a w Niemczech to normalne... 0.o

Na dzień matki

Moja koleżanka z LO napisała dziś na tablicy na fejsie coś, co mnie poruszyło. Pozwolę sobie zacytować...

'A ja w tym dniu życzę wszystkim tym, którzy nie do końca mogli w życiu poczuć co to Matczyna Miłość, nauka i opieka aby pamiętali że dzięki temu wiedzą jak bardzo jest to ważne...'

Ja czasem o tym zapominam. Że nie chcę być taką matką, jaką była i jest moja matka. Emocjonalnie niedostępną, toksyczną, egoistyczną, 'poświęcającą się'. Czasem łapię się na tym, że włączam małej jedną bajkę po drugiej, byle się odczepiła ode mnie, byle bym miała chwilę ciszy i spokoju. Czasem tak mnie irytuje to ciągłe 'mamo, mamo, mamo, chodź, mamo, mamo........', że mam ochotę zatkać jej buzię. Albo zakleić taśmą. Czasem sobie myślę, że te wszystkie mądre książki to o kant dupy potłuc. Że na nic terapie, praca nad sobą. Bo jak się w człowieku zagotuje, to koniec. Czerwona mgła przed oczami a nie cytaty z 'W głębi kontinuum'. 

Ale zawsze po takich chwilach przychodzi refleksja. Czekałam na to dziecko bardzo długo. Summa summarum czekałam na nie 10 lat, od momentu, kiedy się dowiedziałam, że będę o nie musiała zawalczyć. 

Wywalczyłam. Donosiłam. Urodziłam własnymi siłami. Wykarmiłam własną piersią. Nosiłam póki mi sił starczyło. Raz było lepiej, raz gorzej, czasem zupełnie źle a czasem tak fantastycznie, że wymyka się to wszelkim opisom. 

Jestem matką, z całym tym dobrodziejstwem inwentarza. Tosia chce malować paznokcie jak ja, suszyć włosy ze mną, brać leki jak ja biorę, jeść to co ja jem, gotować razem ze mną, sprzątać, wieszać pranie..  Jest teraz małym lustrem. I choć wiem, że czasem daję dupy równo ( w mojej ocenie), to chyba jednak nie jest źle. Patrzę na nią i widzę taki ogrom możliwości.. I myślę, cały czas myślę, jak jej nie podciąć skrzydeł, jak jej nie stłamsić oczekiwaniami... 

Czy możliwe jest, dać dziecku to, czego się samemu nie zaznało? Miłość, empatię, zrozumienie, wolność wyboru, akceptację tegoż? Ponoć w jakiś sposób kiedy opiekujemy się dzieckiem, opiekujemy się też dzieckiem w sobie, więc może jest to jednak możliwe... 

Dokonałam w trakcie swojej drogi macierzyńskiej wielu kontrowersyjnych dla mojej rodziny wyborów. Długie - według nich - karmienie piersią. Nie zmuszanie do jedzenia 'stałych' pokarmów. Wspólne spanie. Noszenie. Jestem w ich oczach dziwadłem, a moje dziecko jest szczęśliwe tylko przez jakiś niesamowity przypadek. A raczej - pomimo moich dziwactw. Bo szczęśliwe dziecko leży cicho,złamane płaczem, w swoim łóżeczku, karmione od trzeciego miesiąca zmodyfikowanym mlekiem dla cieląt, dostawszy uprzednio klapa na tyłek za to, że się darło. 

Mój ojciec, kiedy byłam w ciąży, powiedział mi, że nie wyobraża mnie sobie w roli matki. Powiedzieć to własnej córce, która kilka lat walczyła o dziecko i było ono jej nawiększym pragnieniem - szczyt bezmyślności? Głupoty? Dowód na kompletny brak empatii? 

Jako córka, 'zawiodłam' ich na całej linii. Nie skończyłam studiów, nie spytałam o pozwolenie kiedy wyprowadzałam się do innego miasta, nie pytałam o pozwolenie na ślub - o obu tych faktach zostali poinformowani, jak już było wszystko ustalone. Nie pytałam, czy mogę mieć dziecko a teraz śmiem starać się o drugie, czym, zgodnie z tym, co twierdzi moja mama - zrobię Tosi krzywdę. No rzeczywiście, rodzeństwo to taka tragedia...

 Mamusia powiedziała mi kiedyś, że jesteśmy jej porażkami pedagogicznymi. Cieszę się z tego. Bo strach się bać, jakie byłybyśmy, jakie byłoby nasze życie, gdybyśmy nimi nie były. Wolę być porażką pedagogiczną, która żyje po swojemu, niż sukcesem, który tańczy jak mu zagrają.... 

Mam w swoim bagażu mnóstwo takich anegdotek z dzieciństwa, dzieciństwa na wskroś, choć po cichu bo bez picia i bicia, patologicznego. 

Ale dziś, kiedy w nocy (o magicznym trybie stand-by w którym żyję od dwóch lat napiszę osobno) budzi mnie nawet lekki szmer, kiedy budzi mnie płacz Tosi, która natychmiast uspokaja się i zasypia dalej, jak ją przytulam, jedno wiem na pewno. Taką chcę być matką - matką u której dziecko znajdzie ukojenie lęków, uspokojenie. Taki chcę mieć dom - dom, który będzie dla wszystkich domowników twierdzą. Dom, w którym na każdy kłopot znajdzie się rada, dom, w którym z kłopotami radzić będziemy sobie wspólnie. Bo w końcu kilka lat temu znalazłam taki dom, do którego lubię wracać, w którym się uspokajam, Tym domem jest moje małżeństwo, a teraz także moje macierzyństwo. Dziś jak stoję z kluczem przy drzwiach wejściowych nie dostaję tachykardii, co tym razem zastanę w domu. Doskonale wiem, co. Niepozmywane naczynia, bałagan, pranie do rozwieszenia lub poskładania, kocią kupę do sprzątnięcia, stertę klocków do potykania się o nie. I w jakiś pokrętny sposób ten cały bajzel codzienny uspokaja mnie. Bo z każdego klocka, każdej plamy na podłodze, każdego kociego kłaka na kanapie łypie na mnie miłość. 

piątek, 23 maja 2014

Zawieszenie

Internet mam tak słaby, że o postach ze zdjęciami nie ma mowy.

Zaległy warsztat kwietniowy nadal jest zaległy, bo wciąż czekam na paczkę z zamówieniem, które stanowi 95% warsztatu historycznego.

Zawiesiło się jakoś życie na blogu, jedynie uzupełniam zakładkę z Tosi słownikiem. Bo eksplodują nam co chwilę nowe słowa.

Przeżyłam czterodniową koszmarną migrenę z podwójnym widzeniem po lekach na stymulację owulacji.

Zrobiło się gorąco, więc całe dnie spędzamy na dworze, lub na balkonie. Oglądamy owce, konie, sarny i bażanty - urok mieszkania na zadupiu.

Minął zupełnie lęk kąpielowo-myciogłowowy ;) Wręcz jest teraz fascynacja tematem, znów dziecko na hasło kąpiel leci do łazienki bo jak kąpiel to już zaraz.

I tak moja dzień za dniem, czekam na te zmiany, które mają nastąpić już niedługo, modlę się o cud ponownego macierzyństwa, w myślach dzielę skórę na żywym niedźwiedziu i pozwalam sobie myśleć np jak urządzić pokój dzieciom, albo inne takie...

I zastanawiam się jeszcze, jak długo można pisać o macierzyństwie, o dziecku, nim temat stanie się jałowy, nawet dla tego, kto to pisze. Myślę, że niedługo ten blog zniknie, nikt jakoś nie płacze, że przestałam pisać, i ja też za tym nie płaczę. Nie marzy mi się kariera blogera. Może nie mam w sobie tej iskry, albo determinacji, albo parcia na szkło.

środa, 7 maja 2014

O drugiej ciąży

Moje myśli krążą teraz wokół tematu drugiego dziecka. Szczególnie w kontekście mnie w ciąży (a więc prawdopodobnie słabej jak sik pająka, mdlejącej co chwilę i muszącej dużo leżeć z powodu obniżenia narządu rodnego) będącej z Tosią sama. I myślę sobie, że ta druga ciąża, to będzie na zasadzie selekcji naturalnej niestety. Jeśli jestem wystarczająco silna i dziecko wystarczająco silne będzie, to ciąża się utrzyma i donosi.. A jeśli nie - "to trudno"... Nie będę mogła pozwolić sobie na leżenie na kanapie 24h jak to było w pierwszej ciąży - nieraz nie wstawałam z łóżka cały dzień bo mi było tak słabo lub niedobrze. Nie będę mogła pozwolić sobie na dłuższy pobyt w szpitalu, gdyby była taka potrzeba - bo nikt mi się nie zajmie tak długo dzieckiem a mąż nie będzie mógł zrezygnować z pracy na dłużej niż kilka dni, a poza tym serce by mi pękło, że zostawiam ją samą.

Boję się tego strasznie, a jednocześnie jestem z tych, co wolą ponosić konsekwencje dokonania wyboru, niż resztę życia zastanawiać się, co by było gdyby. Nie chcę spędzić kolejnych lat myśląc, że może gdybym zdecydowała się zajść, może bym donosiła, urodziła, dała radę. Spróbuję, bo szanse są duże. Ostatnio jest dużo lepiej, jakby się cofnęło wszystko z powrotem, nawet szyjki już tak nie czuję mocno jak wcześniej. Ćwiczę dużo, może to daje efekty. Mam świadomość, że to pewnie tymczasowa poprawa i prędzej czy później wszystko siądzie znowu. A póki co, cieszę się tym, co jest.

Myśląc o drugim dziecku, wizualizuję sobie, jak siedzę  wieczorem z Tosiulą przytuloną z jednej strony i maluchem przy piersi z drugiej strony. Wizualizuję, jak czytam im książkę na dobranoc. Tego się trzymam, to jest dobre.

A dziś Tosia postanowiła mnie oświecić co do swojej dojrzałości. Przyszła do mnie i mówi 'ja dzidzia niee'. Pytam jej się - Mówisz, że nie jesteś już dzidzią? Jesteś teraz dużą dziewczynką? Pokiwała głową i powiedziała 'takk'.

Jest dużą dziewczynką już. Dużo mówi, dziś sama sobie ugotowała obiad i zrobiła ciasteczka (oczywiście z moją pomocą i przy moim nadzorze). Sama umie ubrać majtki i spodnie oraz jak się nie wygłupia to także podkoszulkę i bluzkę. Umie założyć buciki jeśli ma dość cierpliwości. Budzi się w nocy na siusiu. Nalewa kotkowi wodę do picia. Rano budzi się i rozmarzonym głosem mówi 'maaaamiś'.

I myśl o tym, że mogę mieć dwa takie łobuziaki w domu, jest silniejsza od każdego strachu i każdej wątpliwości....

piątek, 2 maja 2014

Ja!

Po wielu tygodniach z uporem powtarzanego przez Tosię 'ty' jak pokazywała na siebie, przyszła w końcu pora na 'ja'. A razem z JA pojawiła się silna potrzeba samodzielności. Jeszcze nie ma 'ja siama', ale jest mocne 'ja' - ja! sama ubiorę buciki (oczywiście lewy na prawą nogę i odwrotnie). ja! sama się rozbiorę z piżamki. ja! sama ubiorę się. ja! sama wejdę na zjeżdżalnię... I tak cały dzień. :) wydłuża nam to wiele czynności, ale i upraszcza mi życie ;) A zważywszy na to, że z powodu obniżenia narządu rodnego nie mogę dźwigać, to zmiana roli na placu zabaw z holującej na wszystkie sprzęty na asekurującą jest mi bardzo na rękę.

Ze śmieszniejszych sytuacji z tym związanych, mogę przytoczyć dzisiejszą -  mała zapinając się w pasy w wózku przycięła palec. Przyłożyłam jej chusteczkę by zatamować krwawienie i żeby się nie ubrudziła cała krwią. No to ona kategoryczne 'ja!' i całą drogę sama trzymała sobie chusteczkę przy tym palcu a jak pytałam, czy mogę obejrzeć paluszek jak się goi mówiła 'nie! ja!'. ;) I na dobrą sprawę dopiero w domu mogłam obejrzeć ten nieszczęsny palec ;)