Podobno na koniec roku robi się podsumowania, raporty, rozliczenia.
Rok 2011 zapowiadał się na niczym się nie różniący od poprzednich. Ot praca, praca, praca, i ciągłe starania o dziecko. Aż tu w połowie roku niespodziewajka.
Zaczęłam rok w kompletnej rozsypce, lądując w styczniu w gabinetach fizjo i psychoterapeutów. Kończę jako nosicielka dwukilogramowej małej zarazy :) W niezłej kondycji fizycznej i psychicznej.
Dziś razem ze starym rokiem kończę 35tc. Dla maleństwa mamy już wszystko, od Astronomicznej ilości ciuszków po Zabójczo szerokie łóżeczko. Mam klapki do szpitala, mam już posiew w kierunku GBS zrobiony. I psychikę zrytą codziennymi snami o porodzie ;)
O ile w ten rok wchodziłam z nadzieją, że może będzie lepszy niż poprzedni, o tyle na przyszły rok nie mam żadnych oczekiwań, może poza tym, żeby się Tosia zdrowa urodziła :)
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! :)
sobota, 31 grudnia 2011
czwartek, 29 grudnia 2011
Raport z frontu
No i mamy dwa kilo :) Mała się ładnie chowa, cały czas "balotuje główką nad wchodem" jak to się ładnie fachowo mówi :P Czyli że w ułożeniu główkowym jest.
Moja szyja zamiast się po bożemu skracać to się wydłuża - z 33mm ostatnio teraz podrosła do 38mm. Braxtony jej niestraszne. Rodzić dzisiaj nie będę :P
Okulistycznie się wyjaśniło, rodzę jak chciałam czyli SN.
Następne wieści za 10 dni z KTG :)
Aaaaa i zapomniałabym - odstawiamy żelazo, doktorek zachwycony, HGB 12,3 :)
Moja szyja zamiast się po bożemu skracać to się wydłuża - z 33mm ostatnio teraz podrosła do 38mm. Braxtony jej niestraszne. Rodzić dzisiaj nie będę :P
Okulistycznie się wyjaśniło, rodzę jak chciałam czyli SN.
Następne wieści za 10 dni z KTG :)
Aaaaa i zapomniałabym - odstawiamy żelazo, doktorek zachwycony, HGB 12,3 :)
środa, 28 grudnia 2011
Mission completed
... mam klapki pod prysznic, mogę rodzić :P Dzisiaj kupiliśmy te nieszczęsne klapki (różowe, hahahah) no i torbę. I już mam szpitalny komplet. Zapakować, postawić w pokoju i czekać.
Wieści z frontu takie:
Braxtony coraz upierdliwsze. Brzuch przyjmuje dzikie kształty jak młoda się usiłuje coś poruszać. Bo już miejsca to wiele nie ma na akrobatykę. Podłączyli mnie do holtera EKG, którego (ups) miałam zrobić jakieś półtora miesiąca temu, a dopiero teraz się zebrałam. Zastanawiam się jak do jasnej anielki spać w tym okablowaniu?
Dzisiaj robię morfologię przed wizytą u doktorka. Ciekawe jak się ma moja hemoglobina. A doktorka zobaczę jutro. I małą też. Umieram z ciekawości ile waży. Bo ja w te święta poszalałam i poszło mi w tyłek 1,5 kg :P I dobrze, niech idzie. Jeszcze ze dwa kilo mogłabym przytyć. Kto odda?
Wieści z frontu takie:
Braxtony coraz upierdliwsze. Brzuch przyjmuje dzikie kształty jak młoda się usiłuje coś poruszać. Bo już miejsca to wiele nie ma na akrobatykę. Podłączyli mnie do holtera EKG, którego (ups) miałam zrobić jakieś półtora miesiąca temu, a dopiero teraz się zebrałam. Zastanawiam się jak do jasnej anielki spać w tym okablowaniu?
Dzisiaj robię morfologię przed wizytą u doktorka. Ciekawe jak się ma moja hemoglobina. A doktorka zobaczę jutro. I małą też. Umieram z ciekawości ile waży. Bo ja w te święta poszalałam i poszło mi w tyłek 1,5 kg :P I dobrze, niech idzie. Jeszcze ze dwa kilo mogłabym przytyć. Kto odda?
poniedziałek, 26 grudnia 2011
... i po świętach?
Zaczęłam 35tc. Tosia zaczęła wściekle walczyć o kawałek podłogi, tzn rozpycha się łokciami i nogami jak może ;) Za trzy dni wizyta i zobaczymy, jak panna podrosła. Bo że podrosła to czuję nader wyraźnie, czasem wręcz boleśnie ;)
Ja się cieszę bo udało mi się w końcu przez te święta prawie kilogram przybrać ;) Ale żeby do tego doszło musiałam znowu zrobić akcję odstawienia feroplexu, bo przez te "żelazne" biegunki zaczęłam chudnąć mimo normalnego jedzenia. Zrobię jutro morfologię to się dowiem, jak moja hemoglobina stoi.
Ja się cieszę bo udało mi się w końcu przez te święta prawie kilogram przybrać ;) Ale żeby do tego doszło musiałam znowu zrobić akcję odstawienia feroplexu, bo przez te "żelazne" biegunki zaczęłam chudnąć mimo normalnego jedzenia. Zrobię jutro morfologię to się dowiem, jak moja hemoglobina stoi.
sobota, 24 grudnia 2011
Święta inne niż wszystkie inne
Tak jak w tytule - te święta są dla mnie zupełnie inne, niż wszystkie poprzednie. Pierwszy raz jesteśmy tylko we dwoje (już prawie we troje ;)), nie u rodziny. Pierwszy raz sama przygotowywałam (z pomocą męża) wigilijne jedzonko. Zupełnie inna atmosfera przygotowań - bez nerwówki, pośpiechu, które zawsze towarzyszyły przygotowaniom u mnie w domu.Co zdążę to zdążę, jak nie zdążę to nie będę miała i już. Jest wpół do drugiej i już mi nogi w ... wchodzą. Zaliczyłam po drodze kryzys i głupawkę taką że ze śmiechu skurczybyk mnie złapał ;)
I fryzjera też zaliczyłam, jakkolwiek to brzmi ;) A co, matka polka matką polką, nawet przy garach wyglądać jakoś trzeba :). I jeszcze w tym wszystkim udało nam się na rocznicowy obiadek pojechać do restauracji Czarcia Łapa (dla bywalców Lublina - stałych lub przejezdnych - polecam!!!)
I fryzjera też zaliczyłam, jakkolwiek to brzmi ;) A co, matka polka matką polką, nawet przy garach wyglądać jakoś trzeba :). I jeszcze w tym wszystkim udało nam się na rocznicowy obiadek pojechać do restauracji Czarcia Łapa (dla bywalców Lublina - stałych lub przejezdnych - polecam!!!)
środa, 21 grudnia 2011
Ciężarne ciało w lustrze.
Trzy dni się zbierałam, by to napisać, by "odpowiednie dać rzeczy słowo"- ubrać jakoś to co czuję w jakieś sensowne zdania.
Mam sobie wiele do zarzucenia pod względem wyglądu. Mogłabym się uczepić chudych rąk, androgenicznego bujnego owłosienia na rękach i twarzy, okropnego cellulitu na tyłku, mikrobiustu, cofniętej brody przez którą mam wadę zgryzu i przy okazji drugi podbródek przy byle okazji. Ale nauczyłam się akceptować to jaka jestem, po prostu.
Aż do momentu kiedy zaszłam w ciążę. Wtedy coś mi się w głowie zafiksowało. Przeglądam się w każdym lustrze. Uwielbiam się w tym stanie.
Powiększony brzuch (+32cm w obwodzie od początku ciąży), który zaoszczędził mi rozstępów i zgrupował się wyłącznie z przodu - ot taka piłeczka. Nie wciągnięty brak brzucha czy wystająca oponka, a sprężysta, napięta, gładka bryła ciała. Na której pięknie układają się wszystkie ubrania...
Powiększone piersi, które kompletnie zmieniły swój kształt - odczułam po raz pierwszy siłę grawitacji... Fascynuje mnie zjawisko wycieku siary, zupełnie coś dla mnie nieznanego do tej pory. Ja - osoba wymagająca stałych dostaw pożywienia, wytwarzam pokarm zdolny wykarmić dziecko... Do tego zmiany w kolorze, rozmiarze i wyglądzie sutków.
Małe znamię, które mam koło pępka, nagle znalazło się od niego bardzo daleko. I sam pępek, ogromny, wystający, widoczny w każdym ubraniu. Widzę na nim nawet miejsce gdzie była rana - wyraźnie widać bliznę. Źródło mojego życia.
Nawet twarz, choć niestety cera mi się pogorszyła w ciąży, bardziej podoba mi się w lustrze. Jakoś tak wewnętrznie pojaśniałam.
I choć fizycznie czuję się źle, to jeśli chodzi o wygląd, mogłabym być cały czas w ciąży. Mimo tego, że z przyczyn medycznych wstrzymaliśmy współżycie w ciąży, czuję się atrakcyjna. Seksowna.
Nigdy nie czułam się bardziej kobieco niż teraz. Nie potrzebuję makijażu czy dziesięciocentymetrowych szpil, by poczuć się kobietą. Chyba ciąża pozwoliła mi dojrzeć wewnętrznie do zewnętrznej powłoki kobiecości. Powołując na świat kolejną kobietę, sama musiałam się nią w pełni stać, by sprostać zadaniu wychowania córki tak, by była świadoma siły swojej płci. Tak to czuję...
Mam sobie wiele do zarzucenia pod względem wyglądu. Mogłabym się uczepić chudych rąk, androgenicznego bujnego owłosienia na rękach i twarzy, okropnego cellulitu na tyłku, mikrobiustu, cofniętej brody przez którą mam wadę zgryzu i przy okazji drugi podbródek przy byle okazji. Ale nauczyłam się akceptować to jaka jestem, po prostu.
Aż do momentu kiedy zaszłam w ciążę. Wtedy coś mi się w głowie zafiksowało. Przeglądam się w każdym lustrze. Uwielbiam się w tym stanie.
Powiększony brzuch (+32cm w obwodzie od początku ciąży), który zaoszczędził mi rozstępów i zgrupował się wyłącznie z przodu - ot taka piłeczka. Nie wciągnięty brak brzucha czy wystająca oponka, a sprężysta, napięta, gładka bryła ciała. Na której pięknie układają się wszystkie ubrania...
Powiększone piersi, które kompletnie zmieniły swój kształt - odczułam po raz pierwszy siłę grawitacji... Fascynuje mnie zjawisko wycieku siary, zupełnie coś dla mnie nieznanego do tej pory. Ja - osoba wymagająca stałych dostaw pożywienia, wytwarzam pokarm zdolny wykarmić dziecko... Do tego zmiany w kolorze, rozmiarze i wyglądzie sutków.
Małe znamię, które mam koło pępka, nagle znalazło się od niego bardzo daleko. I sam pępek, ogromny, wystający, widoczny w każdym ubraniu. Widzę na nim nawet miejsce gdzie była rana - wyraźnie widać bliznę. Źródło mojego życia.
Nawet twarz, choć niestety cera mi się pogorszyła w ciąży, bardziej podoba mi się w lustrze. Jakoś tak wewnętrznie pojaśniałam.
I choć fizycznie czuję się źle, to jeśli chodzi o wygląd, mogłabym być cały czas w ciąży. Mimo tego, że z przyczyn medycznych wstrzymaliśmy współżycie w ciąży, czuję się atrakcyjna. Seksowna.
Nigdy nie czułam się bardziej kobieco niż teraz. Nie potrzebuję makijażu czy dziesięciocentymetrowych szpil, by poczuć się kobietą. Chyba ciąża pozwoliła mi dojrzeć wewnętrznie do zewnętrznej powłoki kobiecości. Powołując na świat kolejną kobietę, sama musiałam się nią w pełni stać, by sprostać zadaniu wychowania córki tak, by była świadoma siły swojej płci. Tak to czuję...
Baby signs czyli "po polskiemu" Migusie
Ponieważ "uczęszczam" z powodu częstych moich wojaży i nieobecności męża do internetowej szkoły rodzenia http://przedporodem.pl/ załapałam się ostatnio na ciekawy wykład o tak zwanych Migusiach. Temat mnie bardzo zainteresował.
Jest to idea tego typu, że można oszczędzić dziecku etap frustracji z powodu wielkiej chęci skomunikowania się ze światem przy jednoczesnej niemożności wysłowienia się w języku zrozumiałym dla dorosłych. A frustracja bywa ogromna, pamiętam że siostrzeniec dostawał czasem histerii jak chciał nam coś powiedzieć, pokazać, a my nie wiedzieliśmy o co mu chodzi.
Uczymy więc dziecko - najlepiej między 8 a 12 miesiącem życia - uniwersalnego języka znaków, coś w rodzaju języka migowego, tylko że bardzo uproszczonego-pokazuje to, czego jeszcze nie umie powiedzieć. Sama dopiero wgłębiam się w temat, więc za wiele jeszcze wam nie opowiem, ale zamierzam się zaopatrzyć w stosowne materiały, bo bardzo mi się ten pomysł podoba.
Chętnych po szczegóły zapraszam na stronę http://www.babysigns.pl/ do autorów polskiej wersji projektu.
Jest to idea tego typu, że można oszczędzić dziecku etap frustracji z powodu wielkiej chęci skomunikowania się ze światem przy jednoczesnej niemożności wysłowienia się w języku zrozumiałym dla dorosłych. A frustracja bywa ogromna, pamiętam że siostrzeniec dostawał czasem histerii jak chciał nam coś powiedzieć, pokazać, a my nie wiedzieliśmy o co mu chodzi.
Uczymy więc dziecko - najlepiej między 8 a 12 miesiącem życia - uniwersalnego języka znaków, coś w rodzaju języka migowego, tylko że bardzo uproszczonego-pokazuje to, czego jeszcze nie umie powiedzieć. Sama dopiero wgłębiam się w temat, więc za wiele jeszcze wam nie opowiem, ale zamierzam się zaopatrzyć w stosowne materiały, bo bardzo mi się ten pomysł podoba.
Chętnych po szczegóły zapraszam na stronę http://www.babysigns.pl/ do autorów polskiej wersji projektu.
wtorek, 20 grudnia 2011
Przygoda wtorkowa
Pada śnieg, ładnie jest. Poszłam sobie po zakupy do Lidla i w drodze powrotnej - jakieś kilkadziesiąt metrów od domu - mi się słabo zrobiło. Dorwałam ławeczkę, usiadłam, głowa między nogi i czekam aż przejdzie. Przechodziła akurat koło mnie grupka mężczyzn, zaraz się zainteresowali, chcieli do domu odprowadzić, ale po drodze mi znowu świat zawirował strasznie, więc się wystraszyli i zawołali karetkę, mimo że mówiłam że nie trzeba
panowie z karetki zmierzyli mi ciśnienie, puls i saturację i zawieźli na IP. Pierwszy raz w życiu karetką jechałam
Potem mnie na wózku posadzili i sru na izbę.
Na miejscu nie mogli się zdecydować czy dać mnie na internę czy położnictwo, w końcu wysłali na położnictwo, chociaż mówiłam, ze mi się zdarzają takie omdlenia, że nie straciłam przytomności, nic mnie nie boli, nie krwawię ani nie mam skurczy. Bardzo miłe panie - doktorka i położna mnie zbadały, sprawdziły tętno dziecka, pogadałyśmy trochę, zjadłam batonika, napiłam się wody i poszłam do domu
Przynajmniej wiem na bieżąco, że z szyjką wszystko ok :) A puls małej położna określiła jako wzorowy.
Żegnając się z paniami powiedziałam "do widzenia" bo akurat w tym szpitalu zamierzam rodzić ;)
Strach teraz z domu wyjść skoro nawet wyprawa do pobliskiego sklepu może zakończyć się w karetce :D
Na miejscu nie mogli się zdecydować czy dać mnie na internę czy położnictwo, w końcu wysłali na położnictwo, chociaż mówiłam, ze mi się zdarzają takie omdlenia, że nie straciłam przytomności, nic mnie nie boli, nie krwawię ani nie mam skurczy. Bardzo miłe panie - doktorka i położna mnie zbadały, sprawdziły tętno dziecka, pogadałyśmy trochę, zjadłam batonika, napiłam się wody i poszłam do domu
Żegnając się z paniami powiedziałam "do widzenia" bo akurat w tym szpitalu zamierzam rodzić ;)
Strach teraz z domu wyjść skoro nawet wyprawa do pobliskiego sklepu może zakończyć się w karetce :D
poniedziałek, 19 grudnia 2011
KTG numer jeden.
No, to jesteśmy po KTG.
Jeszcze nie rodzę ;) A moje dziecko nie znosi żadnych form nacisku :P Kopała wściekle przez całe badanie. Dali mi do ręki jakiś przycisk z przykazaniem, że mam wciskać jak się mała ruszy. No to wciskałam co chwilę, hahah... Przy najbardziej wściekłych ruchach dochodziło do 60, a tak to raczej nizinny wykres.
Serduszko w okolicach 140 uderzeń na minutę.
Uff, to teraz wizyta z USG i pomiarem szyjki za 10 dni.
Jeszcze nie rodzę ;) A moje dziecko nie znosi żadnych form nacisku :P Kopała wściekle przez całe badanie. Dali mi do ręki jakiś przycisk z przykazaniem, że mam wciskać jak się mała ruszy. No to wciskałam co chwilę, hahah... Przy najbardziej wściekłych ruchach dochodziło do 60, a tak to raczej nizinny wykres.
Serduszko w okolicach 140 uderzeń na minutę.
Uff, to teraz wizyta z USG i pomiarem szyjki za 10 dni.
Ciężarówka w trasie
Od początku ciąży wiele razy kursowałam na trasie Lublin-Poznań i z powrotem. Jeszcze nie wiedziałam że jestem w ciąży a już zrobiłam 1000km w dwa dni ;) Większość kursów pociągiem. Dziś właśnie po raz kolejny i już ostatni w stanie "błogosławionym" jechałam pociągiem.
480 kilometrów. Sześć godzin w pociągu. Pierwsza klasa bo w drugiej umarłabym na ciasnotę i duchotę. I choć z punktu widzenia mobilności pociąg jest super bo w każdej chwili można wstać z siedzenia i połazić po wagonie żeby rozprostować nogi i skopane żebra, to jest kompletną katastrofą sanitarną. Nie idzie wstrzymywać siku przez sześć godzin, nie idzie nie pić przez sześć godzin, a tak zwane szumnie "WC" w pociągu, nawet w pierwszej klasie to po prostu porażka. Więc zaopatrzona w chusteczki nawilżane do rąk i osobno w chusteczki Lactacyd kilka wizyt w tym wspaniałym przybytku zaliczyłam. Okropieństwo.
Za to za Warszawą mój przedział kompletnie opustoszał, więc rozłożyłam fotel, wyciągnęłam nogi na drugim i można było jechać kulturalnie i wygodnie :).
I zauważyłam, że o ile w sklepowych kolejkach mój brzuch jest przezroczysty zupełnie, nawet w kasach "uprzywilejowanych", o tyle w sytuacjach pociągowo-dworcowych ciężarna budzi natychmiast opiekuńcze instynkty we współpasażerach ;) Pewien pan dziś nie pozwolił mi nawet walizki na kółkach ciągnąć za sobą po peronie bo to przecież ciężko ;)
Młoda nadal mi rozpycha miednicę, czasem naprawdę ciężko się siedzi bo mam wrażenie, że jej przyduszam rączki czy coś ;) Obniżenia brzucha nie widzę póki co, więc może po prostu córa rooooooooooooośnie :)
Jutro KTG, proszę o kciuki żeby żadnych wielkich gór i dolin nie było na zapisie czynności skurczowej :)
480 kilometrów. Sześć godzin w pociągu. Pierwsza klasa bo w drugiej umarłabym na ciasnotę i duchotę. I choć z punktu widzenia mobilności pociąg jest super bo w każdej chwili można wstać z siedzenia i połazić po wagonie żeby rozprostować nogi i skopane żebra, to jest kompletną katastrofą sanitarną. Nie idzie wstrzymywać siku przez sześć godzin, nie idzie nie pić przez sześć godzin, a tak zwane szumnie "WC" w pociągu, nawet w pierwszej klasie to po prostu porażka. Więc zaopatrzona w chusteczki nawilżane do rąk i osobno w chusteczki Lactacyd kilka wizyt w tym wspaniałym przybytku zaliczyłam. Okropieństwo.
Za to za Warszawą mój przedział kompletnie opustoszał, więc rozłożyłam fotel, wyciągnęłam nogi na drugim i można było jechać kulturalnie i wygodnie :).
I zauważyłam, że o ile w sklepowych kolejkach mój brzuch jest przezroczysty zupełnie, nawet w kasach "uprzywilejowanych", o tyle w sytuacjach pociągowo-dworcowych ciężarna budzi natychmiast opiekuńcze instynkty we współpasażerach ;) Pewien pan dziś nie pozwolił mi nawet walizki na kółkach ciągnąć za sobą po peronie bo to przecież ciężko ;)
Młoda nadal mi rozpycha miednicę, czasem naprawdę ciężko się siedzi bo mam wrażenie, że jej przyduszam rączki czy coś ;) Obniżenia brzucha nie widzę póki co, więc może po prostu córa rooooooooooooośnie :)
Jutro KTG, proszę o kciuki żeby żadnych wielkich gór i dolin nie było na zapisie czynności skurczowej :)
piątek, 16 grudnia 2011
Ręka w pachwinie, noga pod żebrem...
... czyli jak córka zapewnia mi trening bezsennych nocy.
Od wczoraj, kiedy to moje dziecię postanowiło znów ułożyć się głową na dół, mam trening przeddzieciowy. Czyli pół nocy bez snu... z okazji poszturchiwań w żebra. Nieważne, czy na lewym boku, na prawym czy na środkowym. Żebra moje a pod nimi wątroba, trzustka i inne organy, przeżywały intensywny masaż wewnętrzny. A teraz właśnie mam rękę córki w pachwinie i nie mogę siedzieć bo mnie uwiera :P Więc piszę na stojąco :D
No i znów mamy akcję "raz, dwa, trzy, kop w pęcherz i kto szybciej do łazienki". Komiczny to widok: zrywająca się z krzesła ciężarna, zgięta w pół biegnie do łazienki ściskając nóżki. Intensywny trening mięśni Kegla czy jak tam się one nazywają :D
Kończymy 33 tydzień. W poniedziałek mamy pierwsze KTG! Braxtony-Hicksy mam coraz częściej, choć niebolesne. Ciekawe jak się ma moja szyjka. Ale o tym to się dowiem 29. grudnia na wizycie. Ja coś tak czuję że urodzę w połowie stycznia. To już tak niedługo!!!
Od wczoraj, kiedy to moje dziecię postanowiło znów ułożyć się głową na dół, mam trening przeddzieciowy. Czyli pół nocy bez snu... z okazji poszturchiwań w żebra. Nieważne, czy na lewym boku, na prawym czy na środkowym. Żebra moje a pod nimi wątroba, trzustka i inne organy, przeżywały intensywny masaż wewnętrzny. A teraz właśnie mam rękę córki w pachwinie i nie mogę siedzieć bo mnie uwiera :P Więc piszę na stojąco :D
No i znów mamy akcję "raz, dwa, trzy, kop w pęcherz i kto szybciej do łazienki". Komiczny to widok: zrywająca się z krzesła ciężarna, zgięta w pół biegnie do łazienki ściskając nóżki. Intensywny trening mięśni Kegla czy jak tam się one nazywają :D
Kończymy 33 tydzień. W poniedziałek mamy pierwsze KTG! Braxtony-Hicksy mam coraz częściej, choć niebolesne. Ciekawe jak się ma moja szyjka. Ale o tym to się dowiem 29. grudnia na wizycie. Ja coś tak czuję że urodzę w połowie stycznia. To już tak niedługo!!!
czwartek, 15 grudnia 2011
Marzy mi się...
...oj marzy... Na przykład zjeść coś tak po prostu, bez zgagi, nudności i odbijania. Nieważne, czy jem sucharki czy dwudaniowy obiad, skutek jest ten sam. Masakra. Moja ściśnięta niemiłosiernie wątroba woła o pomoc. Bo macicę to mam nadgorliwą i swoją wysokością wyprzedza wiek ciąży o co najmniej 2-3 tygodnie.
Co jeszcze mi się marzy? Pójść na zakupy bez omdlewania w każdym nieklimatyzowanym lokalu.
Przewrócić się na drugi bok bez budzenia się z powodu bólu wiązadeł.
Seks mi się marzy.
I szklanica pysznego wina grzanego.
I już powitać po mojej stronie brzucha tego małego kopiącego szkodnika zwanego Moją Córką.
Drogi Święty Mikołaju, poproszę pod choinkę czasoprzyspieszacz. Żeby już było po 38tc. Żebym już mogła oblecieć ze szmatą podłogi, okna czy co tam się jeszcze robi, żeby wywołać poród.
Co jeszcze mi się marzy? Pójść na zakupy bez omdlewania w każdym nieklimatyzowanym lokalu.
Przewrócić się na drugi bok bez budzenia się z powodu bólu wiązadeł.
Seks mi się marzy.
I szklanica pysznego wina grzanego.
I już powitać po mojej stronie brzucha tego małego kopiącego szkodnika zwanego Moją Córką.
Drogi Święty Mikołaju, poproszę pod choinkę czasoprzyspieszacz. Żeby już było po 38tc. Żebym już mogła oblecieć ze szmatą podłogi, okna czy co tam się jeszcze robi, żeby wywołać poród.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Ciąg dalszy o niepłodności - tym razem głównie o kosztach,
Sądząc po ilości komentarzy, to temat tu nośny i potrzebny, więc napiszę więcej.
Po pierwsze, chciałabym uściślić, że szanuję osoby, które decydują się na świadomą bezdzietność.
I wiadomo, każdy ma swoje priorytety, więc nie odbieram takiego prawa osobom, które najpierw chcą się dorobić kariery czy majątku a potem mieć dzieci. Ale osobiście, nie rozumiem tego, jak mówiłam, jestem skrzywiona. I wiem, że nie ma czegoś takiego jak dobry moment na dziecko. Zawsze trzeba coś kupić, zawsze jest jakiś szczebel kariery do osiągnięcia. Jakiś kredyt do spłacenia.
Ale do rzeczy... Przez ostatni rok intensywnego leczenia na leki, wizyty, badania, zabiegi i inseminacje wydaliśmy około dziesięciu tysięcy. Wszystkie oszczędności, każda dodatkowa kasa, kredytówki wyczyszczone do zera. Ale warto było :) :) :)
Najwięcej chyba poszło na badania i leki, dla mnie to paranoja, że leczenie niepłodności nie jest kompletnie refundowane. Jedna ampułka gonadotropin do iniekcji ponad sto złotych, w cyklu tych ampułek czasem i do pięciu potrzebowałam. Specjalistyczne tabletki do stymulacji nawet do 400 zł za dziesięć sztuk. Progesteron na drugą fazę musiałam przyjmować doustnie bo mam uczulenie na dopochwowe suplementy progesteronu. Opakowanie duphastonu to około 40 zł. Czasem w cyklu szły trzy. Inseminacja 500 zł. Przed nią conajmniej dwa monitoringi po 70 zł. Badanie LH i E2 przed IUI 50 zł. Badanie PRG, E2 i betaHCG po IUI 75 zł.
Diagnostyka, hmm... Gdyby podliczyć koszt badań... 550zł zapłaciłam za badanie drożności jajowodów w humanitarnych warunkach, tzn ze znieczuleniem. Badanie nasienia, dwukrotne, drugi raz dodatkowo z testem na opłaszczenie przeciwciałami - 500 zł. Moje badania laboratoryjne - hormony, przeciwciała, krzepliwość, jakieś inne bajery, wszystko kilkakrotnie powtarzane, co najmniej 1500 zł. Wizyty, monitoringi - tu się nie doliczę.
Jakbym miała do tego doliczyć jeszcze koszt jaki poniosłam, żeby się fizycznie i psychicznie podnieść po tych wszystkich porażkach... Fizjoterapia i psychoterapia to niestety w naszym kraju jeszcze luksusowe dobro, i kosztowne.... :/
W Polsce przyrost naturalny jest nadal ujemny, ale politycy zdają się nie widzieć problemu. Nie zrobią nic w kierunku refundowania leczenia niepłodności, bo by im katolickie lobby żyć nie dało. Niestety, nasz kraj to kraj katolickiej konserwy. IVF porównywane do aborcji, "niehumanitarne", IUI kojarząca się tylko z kryciem krów (kuzynka moja spytała mi się kiedyś czy to tak jak u krowy się odbywa), badanie nasienia grzechem bo odbywa się poprzez masturbację....
Jedna z was napisała w komentarzu, że zwiększa się świadomość społeczna. Zwiększa się, bo coraz więcej par dotyka ten problem, nie dlatego, że zwiększa się edukacja i zrozumienie wśród tych, których problem nie dotyczy. Ilu z moich znajomych spotkało się z napiętnowaniem, komentarzami, przykrymi docinkami - nie zliczę...
Mnie chyba najbardziej zabolał komentarz koleżanki z pracy - matki dwójki dzieci. Powiedziała mi kiedyś, że natura wie co robi i jak ktoś nie może mieć dzieci to znaczy że nie powinien ich mieć. Dobrze wiedziała, że się leczę. Według niej nie nadaję się na matkę bo nie jestem w stanie bez wspomagania medycznego mieć dziecka.
Po pierwsze, chciałabym uściślić, że szanuję osoby, które decydują się na świadomą bezdzietność.
I wiadomo, każdy ma swoje priorytety, więc nie odbieram takiego prawa osobom, które najpierw chcą się dorobić kariery czy majątku a potem mieć dzieci. Ale osobiście, nie rozumiem tego, jak mówiłam, jestem skrzywiona. I wiem, że nie ma czegoś takiego jak dobry moment na dziecko. Zawsze trzeba coś kupić, zawsze jest jakiś szczebel kariery do osiągnięcia. Jakiś kredyt do spłacenia.
Ale do rzeczy... Przez ostatni rok intensywnego leczenia na leki, wizyty, badania, zabiegi i inseminacje wydaliśmy około dziesięciu tysięcy. Wszystkie oszczędności, każda dodatkowa kasa, kredytówki wyczyszczone do zera. Ale warto było :) :) :)
Najwięcej chyba poszło na badania i leki, dla mnie to paranoja, że leczenie niepłodności nie jest kompletnie refundowane. Jedna ampułka gonadotropin do iniekcji ponad sto złotych, w cyklu tych ampułek czasem i do pięciu potrzebowałam. Specjalistyczne tabletki do stymulacji nawet do 400 zł za dziesięć sztuk. Progesteron na drugą fazę musiałam przyjmować doustnie bo mam uczulenie na dopochwowe suplementy progesteronu. Opakowanie duphastonu to około 40 zł. Czasem w cyklu szły trzy. Inseminacja 500 zł. Przed nią conajmniej dwa monitoringi po 70 zł. Badanie LH i E2 przed IUI 50 zł. Badanie PRG, E2 i betaHCG po IUI 75 zł.
Diagnostyka, hmm... Gdyby podliczyć koszt badań... 550zł zapłaciłam za badanie drożności jajowodów w humanitarnych warunkach, tzn ze znieczuleniem. Badanie nasienia, dwukrotne, drugi raz dodatkowo z testem na opłaszczenie przeciwciałami - 500 zł. Moje badania laboratoryjne - hormony, przeciwciała, krzepliwość, jakieś inne bajery, wszystko kilkakrotnie powtarzane, co najmniej 1500 zł. Wizyty, monitoringi - tu się nie doliczę.
Jakbym miała do tego doliczyć jeszcze koszt jaki poniosłam, żeby się fizycznie i psychicznie podnieść po tych wszystkich porażkach... Fizjoterapia i psychoterapia to niestety w naszym kraju jeszcze luksusowe dobro, i kosztowne.... :/
W Polsce przyrost naturalny jest nadal ujemny, ale politycy zdają się nie widzieć problemu. Nie zrobią nic w kierunku refundowania leczenia niepłodności, bo by im katolickie lobby żyć nie dało. Niestety, nasz kraj to kraj katolickiej konserwy. IVF porównywane do aborcji, "niehumanitarne", IUI kojarząca się tylko z kryciem krów (kuzynka moja spytała mi się kiedyś czy to tak jak u krowy się odbywa), badanie nasienia grzechem bo odbywa się poprzez masturbację....
Jedna z was napisała w komentarzu, że zwiększa się świadomość społeczna. Zwiększa się, bo coraz więcej par dotyka ten problem, nie dlatego, że zwiększa się edukacja i zrozumienie wśród tych, których problem nie dotyczy. Ilu z moich znajomych spotkało się z napiętnowaniem, komentarzami, przykrymi docinkami - nie zliczę...
Mnie chyba najbardziej zabolał komentarz koleżanki z pracy - matki dwójki dzieci. Powiedziała mi kiedyś, że natura wie co robi i jak ktoś nie może mieć dzieci to znaczy że nie powinien ich mieć. Dobrze wiedziała, że się leczę. Według niej nie nadaję się na matkę bo nie jestem w stanie bez wspomagania medycznego mieć dziecka.
niedziela, 11 grudnia 2011
Niepłodność nie kończy się wraz z zajściem w ciążę
Na pewno czułeś kiedyś wielki strach
Że oto mija twój najlepszy czas
Bezradność zniosła Cię na drugi plan
Czekanie sprawia ze gorzknieje cala słodycz w nas
Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
Tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen
Słowa zlewają się w fałszywy ton
Gdy nadwrażliwość jest jak bilet w jedna stronę stąd
Okłamali mnie z nadzieją że
Uwierzyłem i przestanę chcieć
Muszę leczyć się na ból i strach
Gdzie jest człowiek który z siebie sam pokaże mi jak
(COMA, Leszek Żukowski)
Ta piosenka jest mi niezwykle bliska. Słuchałam jej tak z milion razy. Kiedy się diagnozowałam. Kiedy się leczyłam. Kiedy czekałam na wynik leczenia. Niczego nie będzie żal.... Kiedy nic nie pomagało, ona była ze mną.
Dziś, w zaawansowanej ciąży, nadal jest mi bliska. Bo nigdy nie przestanę być niepłodna, nigdy nie przestanę czuć się niepłodna.
Niepłodność, zarówno dla kobiety jak i mężczyzny jest zakwestionowaniem podstawy ich tożsamości. Zakwestionowaniem kobiecości lub też męskości. Jest niewidocznym dla innych stygmatem na środku czoła.
Patrzyłam w lustro i widziałam kobietę. Z zewnątrz. A w środku jakiś kompletny chaos. Skoro jestem kobietą dlaczego moje ciało nie jest zdolne do poczęcia dziecka? Dlaczego nie jest zdolne chociażby do tak podstawowej rzeczy jak cykl miesiączkowy? Nie wiedziałam kiedyś, że będę się cieszyć jak przyjdzie okres... Uwierzcie mi, po dwóch latach czekania, to było coś. Jakby mi ktoś oddał tego drugiego brakującego iksa w chromosomach. Niestety na krótko. Bez leków moje ciało samo nie jest w stanie sprostać temu zadaniu. Nadal jestem fizycznie kobietą tylko jak wezmę odpowiednie tabletki.
Jestem w ciąży. Mogłabym uznać - problem solved. Niestety, niepłodność się zalecza, nie leczy. To tak jak z cukrzycą. Bierzesz leki, jest ok, funkcjonujesz. Nie bierzesz - problem wraca. Ale to już nawet nie o medyczne aspekty chodzi. Jestem skrzywiona. Przewrażliwiona na tym punkcie.
Denerwuje mnie jak 34-letnia kobieta z problemami hormonalnymi dość pogardliwie mówi, że o dziecku pomyśli za jakieś cztery lata bo teraz to jej jakoś nie po drodze. Denerwuje mnie jak 20-latka załatwia na lewo pigułki antykoncepcyjne bo nie chce iść się przebadać do gabinetu. I jak inna 20-latka mówi, że nie była jeszcze u ginekologa bo "jakoś wstyd". Ale współżyć się nie wstydzi.
I denerwuje mnie, że choć ten problem tak wielu par dotyczy, boją się o tym mówić, bo się wstydzą, bo w tym polskim ciemnogrodzie niepłodność to egzotyczna choroba weneryczna przecież. Jak zaczęłam wprost mówić - jestem niepłodna, leczę się, nagle okazało się, że wokół mnie jest mnóstwo ludzi, którzy mają ten sam problem, ludzi z dziećmi po IUI i IVF, ludzi którzy obgryzają paznokcie bo starają się już jakiś czas i nie wychodzi. Nagle okazało się, że nie jestem samotną wyspą. Oboje z mężem otwarcie od początku mówiliśmy, że się staramy, leczymy.
Nie mając wsparcia w ustawodawstwie, nie mając wsparcia w skatolicyzowanym społeczeństwie, często nie mając wsparcia w najbliższych... Codziennie setki par walczą o dziecko. Spotykając się z niezrozumieniem, wyzwiskami, drwiną. Z nieprzyjaznym systemem opieki zdrowotnej, gdzie większość lekarzy po prostu lekceważy pacjenta. Mnie samej, jak miałam lat około dwadzieścia, pewna "gwiazda" poznańskiej ginekologii powiedziała, że okres nie jest kobiecie do szczęścia potrzebny przecież, bo to tylko kłopot, więc czym się martwię.
Po tych staraniach mam w sobie jakieś głupie poczucie misji życiowej. Mówić o tym. Mówić o tym, że trzeba się badać, regularnie chodzić do ginekologa, nie brać bezkrytycznie dobranych "na oko" przez lekarza pigułek. Ja miałam szczęście, wpojono mi w domu, że regularne wizyty u ginekologa to podstawa, co prawda bardziej z myślą o nowotworach, bo obciążenie w rodzinie mam kosmiczne. Dzięki temu już mając 17 lat wiedziałam, że będę mieć pod górkę. Dzięki temu zaczęłam się starać o dziecko w wieku 22 lat. Dzięki temu doczekałam się pierwszej ciąży mając 25 lat. Któregoś dnia, robiąc sobie kolejny zastrzyk z gonadotropin, pomyślałam, że są już książki o mamach adopcyjnych, są książki o mamach aniołków, może czas napisać książkę o mamie - staraczce? Cały czas dojrzewa we mnie ta myśl...
sobota, 10 grudnia 2011
O byciu mamą słów kilka... no, może kilkaset :P
O tym, że chcę mieć dzieci, wiedziałam wcześniej, niż zdecydowałam do jakiego LO pójść czy potem na jakie studia. Z czasem chciałam jeszcze bardziej, tym mocniej, im gorsze wyniki badań odbierałam, im mniej szans było na to, że się uda. Bycie matką stało się obsesją. Tym bardziej, że dzieci zawsze mnie lubiły, z dziećmi mojej siostry nawiązałam więź jaka jest udziałem niewielu ciotek, jak myślę. Kiedy siostrzeniec przybiegał do mnie i mamrotał mi do ucha " ciociuuuuu a wiesz że bardzo cię kocham", myślałam o tym, czy kiedyś moje dziecko "w wielkim sekrecie" powie mi to samo, tylko zamiast "ciociu" będzie "mamo".
Poczułam smak bycia mamą już w dniu, kiedy dowiedziałam się o ciąży. Wszystko, co robiłam, nabrało nagle wielkiego znaczenia, bo wszystko mogło mieć wpływ na utrzymanie ciąży i rozwój dziecka. Lekarz kazał brać leki - brałam, kazał się oszczędzać - leżałam, kazał więcej pić - wmuszałam w siebie kolejne szklanki. Dla dobra dziecka musiałam zmienić wszystko - tryb życia, odżywianie się, nastawienie.
Z pracującej czasem po 10 lub więcej godzin, przejmującej się pracą biurówki stałam się najpierw olewaczką co wychodzi po ustawowych 8 godzinach, a potem poszłam na zwolnienie lekarskie. Jadłam byle co i o dzikich porach, jak był czas w pracy czy po pracy. Obiad po północy? Norma. Śniadań brak. A w ciągu dnia gorące kubki, batoniki i przywożone przez przedstawicieli hot-dogi ze stacji. A tu nagle bach! Trzy główne posiłki o w miarę stałych porach, dużo warzyw i owoców... Bycie mamą nauczyło mnie, że żeby zadbać dobrze o dziecko, muszę najpierw zacząć dbać o siebie. W ciąży to się stało takie oczywiste... To, co zjem, przełoży się na składniki odżywcze, które dostarczę dziecku. To, w jakim jestem nastroju, przełoży się na nastrój, a może i charakter, dziecka. Zrozumiałam, że by móc stać się odpowiedzialną matką, najpierw muszę stać się odpowiedzialna za swoje własne życie.
Co mnie najbardziej zaskoczyło w mamowaniu? Nieustanny lęk o dziecko. O to, czy jest zdrowe, czy wszystko z nim w porządku. O to, czy da sobie radę w życiu, czy będzie szczęśliwym człowiekiem. I nieustanna radość z małych rzeczy. Z tego, że na USG serce bije jak trzeba, z tego, że wystawiła łokieć że aż zabolało, z tego, że ma buzię bez rozszczepu, że już kończę 32tc i jest wszystko dobrze.
I jeszcze coś - ciąża wiele zmieniła w relacjach z moją mamą. Dopiero teraz zaczynam rozumieć pewne jej zachowania, decyzje... Coś, co wydawało mi się kiedyś działaniem wymierzonym złośliwie we mnie, dziś jestem w stanie odczytać jako matczyną troskę, i to wszystko przeciw czemu się buntowałam jako nastolatka, też staje się dla mnie zrozumiałe. Nakazy, zakazy, oczekiwania... Każdy rodzic chce, by jego dziecko wyrosło na porządnego i radzącego sobie w życiu człowieka. I jednocześnie każdy rodzic chce uchronić dziecko przed całym złem tego świata. I każdy rodzic radzi sobie z tym jak potrafi...
Bycie mamą to chyba najcięższy, najgorzej opłacany ale najbardziej unikatowy i szczęścionośny "zawód" na świecie. I ja nie mogę się doczekać, kiedy z brzuszkowej mamy stanę się mamą mamą.
Poczułam smak bycia mamą już w dniu, kiedy dowiedziałam się o ciąży. Wszystko, co robiłam, nabrało nagle wielkiego znaczenia, bo wszystko mogło mieć wpływ na utrzymanie ciąży i rozwój dziecka. Lekarz kazał brać leki - brałam, kazał się oszczędzać - leżałam, kazał więcej pić - wmuszałam w siebie kolejne szklanki. Dla dobra dziecka musiałam zmienić wszystko - tryb życia, odżywianie się, nastawienie.
Z pracującej czasem po 10 lub więcej godzin, przejmującej się pracą biurówki stałam się najpierw olewaczką co wychodzi po ustawowych 8 godzinach, a potem poszłam na zwolnienie lekarskie. Jadłam byle co i o dzikich porach, jak był czas w pracy czy po pracy. Obiad po północy? Norma. Śniadań brak. A w ciągu dnia gorące kubki, batoniki i przywożone przez przedstawicieli hot-dogi ze stacji. A tu nagle bach! Trzy główne posiłki o w miarę stałych porach, dużo warzyw i owoców... Bycie mamą nauczyło mnie, że żeby zadbać dobrze o dziecko, muszę najpierw zacząć dbać o siebie. W ciąży to się stało takie oczywiste... To, co zjem, przełoży się na składniki odżywcze, które dostarczę dziecku. To, w jakim jestem nastroju, przełoży się na nastrój, a może i charakter, dziecka. Zrozumiałam, że by móc stać się odpowiedzialną matką, najpierw muszę stać się odpowiedzialna za swoje własne życie.
I jeszcze coś - ciąża wiele zmieniła w relacjach z moją mamą. Dopiero teraz zaczynam rozumieć pewne jej zachowania, decyzje... Coś, co wydawało mi się kiedyś działaniem wymierzonym złośliwie we mnie, dziś jestem w stanie odczytać jako matczyną troskę, i to wszystko przeciw czemu się buntowałam jako nastolatka, też staje się dla mnie zrozumiałe. Nakazy, zakazy, oczekiwania... Każdy rodzic chce, by jego dziecko wyrosło na porządnego i radzącego sobie w życiu człowieka. I jednocześnie każdy rodzic chce uchronić dziecko przed całym złem tego świata. I każdy rodzic radzi sobie z tym jak potrafi...
Bycie mamą to chyba najcięższy, najgorzej opłacany ale najbardziej unikatowy i szczęścionośny "zawód" na świecie. I ja nie mogę się doczekać, kiedy z brzuszkowej mamy stanę się mamą mamą.
Syndrom wicia gniazda wersja light
Dopadło mnie. Na razie w wersji niskokalorycznej. Wicie gniazda.
W dzikim szale poprałam dzisiaj wszystko to, czego jeszcze nie zdążyłam poprać dla małej. Między innymi kombinezony zimowe. I w równie dzikim szale kupione ostatnio dziesięć par różowo-szaro-białych skarpetuszek w różne kotki i serduszka. Zapach dziecka to dla mnie zapach mleka, emolientów i Loveli. Tak pamiętam siostrzeńca i siostrzenicę jak byli maleńcy. I teraz kręcę się przy suszarce na pranie i wdycham, wdycham tę namiastkę zapachu dziecka, jaka się w moim domu pojawiła.
Ponadto stwierdziłam, że mam O-KRO-PNY bałagan w naczyniach, więc nabyłam na allegro nowy jednolity komplet obiadowy i jak tylko przyjdzie paczka, to te wszystkie talerze co mam - każdy z innej parafii, niektóre już poobtłukiwane, idą na śmietnik.
W dzikim szale poprałam dzisiaj wszystko to, czego jeszcze nie zdążyłam poprać dla małej. Między innymi kombinezony zimowe. I w równie dzikim szale kupione ostatnio dziesięć par różowo-szaro-białych skarpetuszek w różne kotki i serduszka. Zapach dziecka to dla mnie zapach mleka, emolientów i Loveli. Tak pamiętam siostrzeńca i siostrzenicę jak byli maleńcy. I teraz kręcę się przy suszarce na pranie i wdycham, wdycham tę namiastkę zapachu dziecka, jaka się w moim domu pojawiła.
Ponadto stwierdziłam, że mam O-KRO-PNY bałagan w naczyniach, więc nabyłam na allegro nowy jednolity komplet obiadowy i jak tylko przyjdzie paczka, to te wszystkie talerze co mam - każdy z innej parafii, niektóre już poobtłukiwane, idą na śmietnik.
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Takie tam...
Za mną 3/4 ciąży. Zostało mi dokładnie osiem tygodni. Niby się wlekło i dłużyło i często smętnie było na tym zwolnieniu ciążowym. A tu już tylko osiem tygodni.
I już wiem, czego mi będzie najbardziej brakowało. Samowoli zachowań motorycznych mojego brzucha, zwanych także ruchami płodu ;)
I wiem też, po co są te nieprzespane na początku po porodzie noce. Żeby nie mieć czasu ani siły żeby leżeć i zasypiając myśleć o tym, że coś się zakończyło, że to, co w krwi i pocie oraz omdleniach ( ;) ) tworzyłam przez 40 tygodni, teraz jest samodzielną jednostką. Teraz nie tylko ja będę ją kształtować, ale i środowisko oraz ona sama przede wszystkim. Moje, tylko moje i nikogo więcej dziecko, schowane w powłokach brzusznych, stanie się istotą społeczną. Dostanie numer ewidencyjny PESEL, dostanie nazwisko, stosik dokumentów. I morze możliwości i zagrożeń. I dla niej i dla mnie zacznie się największa przygoda życia.
Ale też dla mnie zakończy się etap, który choć fizycznie często nieprzyjemny, często bolesny i wywołujący wiele obaw, jest czymś jedynym w swoim rodzaju. Nieraz siedząc wieczorem z książką czy przy komputerze, zastanawiałam się, co właśnie tworzę. Ucho? Trzustkę? Stópkę? Dopóki nie poczułam pierwszych ruchów codziennie pytałam się: jesteś tam? Na pewno?
Kiedy staraliśmy się o dziecko, po iluśtam próbach, badaniach, zabiegach, stawało się ono tak nierealne, tak niemożliwe, że do dziś zdarza mi się nie wierzyć, że to prawda, choć wyraźnie a czasem i dotkliwie czuję jej obecność.
Za około osiem tygodni, siłami natury lub przy pomocy medycyny przyjdzie na świat Tosia, moje dziecko. Zobaczę ją, dotknę, usłyszę. Urealni się niemożliwe. Dwie kreski na teście zmienią się w małego człowieka.
I już wiem, czego mi będzie najbardziej brakowało. Samowoli zachowań motorycznych mojego brzucha, zwanych także ruchami płodu ;)
I wiem też, po co są te nieprzespane na początku po porodzie noce. Żeby nie mieć czasu ani siły żeby leżeć i zasypiając myśleć o tym, że coś się zakończyło, że to, co w krwi i pocie oraz omdleniach ( ;) ) tworzyłam przez 40 tygodni, teraz jest samodzielną jednostką. Teraz nie tylko ja będę ją kształtować, ale i środowisko oraz ona sama przede wszystkim. Moje, tylko moje i nikogo więcej dziecko, schowane w powłokach brzusznych, stanie się istotą społeczną. Dostanie numer ewidencyjny PESEL, dostanie nazwisko, stosik dokumentów. I morze możliwości i zagrożeń. I dla niej i dla mnie zacznie się największa przygoda życia.
Ale też dla mnie zakończy się etap, który choć fizycznie często nieprzyjemny, często bolesny i wywołujący wiele obaw, jest czymś jedynym w swoim rodzaju. Nieraz siedząc wieczorem z książką czy przy komputerze, zastanawiałam się, co właśnie tworzę. Ucho? Trzustkę? Stópkę? Dopóki nie poczułam pierwszych ruchów codziennie pytałam się: jesteś tam? Na pewno?
Kiedy staraliśmy się o dziecko, po iluśtam próbach, badaniach, zabiegach, stawało się ono tak nierealne, tak niemożliwe, że do dziś zdarza mi się nie wierzyć, że to prawda, choć wyraźnie a czasem i dotkliwie czuję jej obecność.
Za około osiem tygodni, siłami natury lub przy pomocy medycyny przyjdzie na świat Tosia, moje dziecko. Zobaczę ją, dotknę, usłyszę. Urealni się niemożliwe. Dwie kreski na teście zmienią się w małego człowieka.
sobota, 3 grudnia 2011
Pierwsza próba wkładek laktacyjnych ;)
Po zapoznaniu się z rankingiem wkładek laktacyjnych przetestowanych przez Hafiję kupiłam jakiś czas temu opakowanie firmy Lansinoh.
Dzisiaj od rana zmagałam się z permanentnym wyciekiem z lewej piersi. Obie pobolewają i pieką mnie brodawki, ale tylko z lewej leci, za to w trybie ciągłym. Więc wyszło na to, że trzeba było wypróbować wkładki jeszcze przed porodem.. No i muszę powiedzieć, że są komfortowe, nie ma uczucia waty w staniku, nie uraża nic, fajnie. Zobaczymy jak się sprawdzą jak będę miała produkcję pełną parą ;)
Przydałby się jeszcze jakiś patent na to pieczenie brodawek ;)
Dzisiaj od rana zmagałam się z permanentnym wyciekiem z lewej piersi. Obie pobolewają i pieką mnie brodawki, ale tylko z lewej leci, za to w trybie ciągłym. Więc wyszło na to, że trzeba było wypróbować wkładki jeszcze przed porodem.. No i muszę powiedzieć, że są komfortowe, nie ma uczucia waty w staniku, nie uraża nic, fajnie. Zobaczymy jak się sprawdzą jak będę miała produkcję pełną parą ;)
Przydałby się jeszcze jakiś patent na to pieczenie brodawek ;)
piątek, 2 grudnia 2011
Nie samą ciążą człowiek żyje...
PS. Miłe zaskoczenie - w moim miasteczku powstał Klub Mam! O tu -> http://klubmamswidnik.wordpress.com/
czwartek, 1 grudnia 2011
Przedświątecznie :)
Trzy dni ugniatania, pieczenia, zdobienia i oto mamy sześć pudełek pierników, do użytku własnego i całej rodziny :)
Już czuć święta w powietrzu :) W tym roku wyjątkowe - pierwszy raz tylko we dwoje, z Tosią w brzuchu :) Poprzednie zawsze zabiegane, tu obiadek tam kolacja u kogoś, w tym roku spokojnie, bez pośpiechu. A w przyszłym roku już we troje.... :) :) :)
Już czuć święta w powietrzu :) W tym roku wyjątkowe - pierwszy raz tylko we dwoje, z Tosią w brzuchu :) Poprzednie zawsze zabiegane, tu obiadek tam kolacja u kogoś, w tym roku spokojnie, bez pośpiechu. A w przyszłym roku już we troje.... :) :) :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






