Nieważne, czy w 4 czy w 8 czy w 15 tygodniu. Strata dziecka boli zawsze tak samo...
Ten cykl, który na dodatek, na dobicie nie chce się zakończyć, okazał się być gorzkim sukcesem.
Zaszłam w ciążę na chwilę, na kilka dni, po czym maleństwo się poddało. Może było słabe, może chore, a może warunki mieszkaniowe nie takie.... To się nazywa ciążą biochemiczną - taką, którą widać w badaniach, ale już nie zdąży być widoczną w USG.
I nie piszcie mi, że to dobrze, że coś zaskoczyło w ogóle. Ja już wiem, że mogę zajść w ciążę, mam przecież Tosię.
Teraz czekam, aż wstrzymany lekami koniec cyklu nastąpi, otrzepię się z kurzu i zacznę następny... Bo tak robią staraczki. Walczą do końca.
I nie, nie jest łatwiej starać się o drugie dziecko. Boli tak samo, każdy nieudany cykl, stres towarzyszący staraniom od początku stymulacji aż po wyniki beta HCG
Muszę teraz jakoś tak zmanipulować następny cykl by go skrócić by móc w czasie pobytu w PL inseminację zrobić.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niepłodność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niepłodność. Pokaż wszystkie posty
piątek, 13 czerwca 2014
środa, 4 czerwca 2014
Nie znoszę starań o dziecko
Tak jak w tytule. Nie znoszę starań o dziecko. Seks na akord, czy się chce czy nie, czy boli czy nie boli. Czekanie w drugiej fazie, doszukiwanie się objawów lub ich braku. I wielkie nic na koniec czyli koncertowa jedna kreska na teście...
Czekam na lipcową inseminację jak na zbawienie. Ona zdejmuje z nas ciężar starań. Seks? Dla przyjemności. To od lekarza zależy, czy trafi w odpowiedni dzień.
Tymczasem czas wrócić do basicu... Porobić badania - ja hormony, tarczyca. A mąż badanie nasienia.
I chyba muszę wykuć niemiecką terminologię i poćwiczyć groźny ton. Bo na USG nie mogłam uzyskać żadnych potrzebnych mi informacji.
-jakie jest endometrium?
-a jakie to ma znaczenie, ono dopiero się teraz buduje
-a widać na usg że była owulacja?
-no bolało panią w weekend, to było wtedy
0.o
I zdecydowanie zmniejszyła się moja tolerancja na leki, stymulacja owulacji w tym cyklu zakończyła się potworną migreną z podwójnym widzeniem...
Czekam na lipcową inseminację jak na zbawienie. Ona zdejmuje z nas ciężar starań. Seks? Dla przyjemności. To od lekarza zależy, czy trafi w odpowiedni dzień.
Tymczasem czas wrócić do basicu... Porobić badania - ja hormony, tarczyca. A mąż badanie nasienia.
I chyba muszę wykuć niemiecką terminologię i poćwiczyć groźny ton. Bo na USG nie mogłam uzyskać żadnych potrzebnych mi informacji.
-jakie jest endometrium?
-a jakie to ma znaczenie, ono dopiero się teraz buduje
-a widać na usg że była owulacja?
-no bolało panią w weekend, to było wtedy
0.o
I zdecydowanie zmniejszyła się moja tolerancja na leki, stymulacja owulacji w tym cyklu zakończyła się potworną migreną z podwójnym widzeniem...
wtorek, 17 grudnia 2013
In vitro, in vivo - dziecko jest dzieckiem
Natrafiłam ostatnio na forum Nasz Bocian na ciekawą rozmowę o podejściu duchownych do in vitro.
Oficjalnie potępiają. A nieoficjalnie wielu księży dziewczynom przy spowiedzi mówi, że nieważne, jak poczęte, ważne, że kochane.
No bo jaka to różnica. Czy poczęte w szkle czy w łóżku. Geny, zapłodnienie, podział komórek, implantacja, wszystko tak samo. Tylko moment połączenia gamet w innych warunkach.
Oficjalnie potępiają. A nieoficjalnie wielu księży dziewczynom przy spowiedzi mówi, że nieważne, jak poczęte, ważne, że kochane.
No bo jaka to różnica. Czy poczęte w szkle czy w łóżku. Geny, zapłodnienie, podział komórek, implantacja, wszystko tak samo. Tylko moment połączenia gamet w innych warunkach.
sobota, 28 września 2013
Niepłodność a bezpłodność
Denerwuje mnie to. Wszędzie, w mediach, na blogach, wkurza mnie to.
Niepłodność i bezpłodność to nie jest to samo, to nie są synonimy!
Więc wyjaśniam.
BEZpłodna jest osoba która nie jest w stanie począć dziecka w ogóle, bo jest pozbawiona np narządów rodnych.
NIEpłodna jest osoba, która ma problemy z poczęciem dziecka, ale takie, które można leczyć.
BEZpłodność jest nieuleczalna, NIEpłodność najczęściej da się wyleczyć, tj doprowadzić do poczęcia.
Uff. Spuściłam powietrze z opon mózgowych, mogę iść spać. ;)
Niepłodność i bezpłodność to nie jest to samo, to nie są synonimy!
Więc wyjaśniam.
BEZpłodna jest osoba która nie jest w stanie począć dziecka w ogóle, bo jest pozbawiona np narządów rodnych.
NIEpłodna jest osoba, która ma problemy z poczęciem dziecka, ale takie, które można leczyć.
BEZpłodność jest nieuleczalna, NIEpłodność najczęściej da się wyleczyć, tj doprowadzić do poczęcia.
Uff. Spuściłam powietrze z opon mózgowych, mogę iść spać. ;)
poniedziałek, 23 września 2013
Bajka dla Tosi
Była sobie dziewczynka imieniem Tosia. Mieszkała wraz z innymi dziećmi w pięknym ogrodzie ze wszystkich stron otoczonym żywopłotem. Pewnego dnia Tosia wspięła się razem z koleżanką na żywopłot by zobaczyć co jest poza ogrodem i zobaczyła kogoś. Nie widziała nigdy dorosłego człowieka, więc zapytała:
-Kto to jest?
Koleżanka odpowiedziała:
-To są ludzie Tosiu. Widzisz tych dwoje? Ta pani z dużym brzuchem to moja mama a ten pan to tata. Mówią, że za kilka dni będę już z nimi, że bardzo chcą już mnie zobaczyć i przytulić.
-A moja mama i mój tata gdzie są?
-Nie wiem Tosiu ale na pewno cię szukają, moi rodzice mówią, że długo na mnie czekali.
czwartek, 9 maja 2013
Bumerang
Pamiętacie, pisałam kiedyś na temat niepłodności, jeszcze jak w ciąży byłam.
I pisałam wtedy też, że niepłodność nie kończy się z zajściem w ciążę. Niepłodnym jest się całe życie.
Temat ten cyklicznie wraca do mnie jak bumerang. Z różnych powodów.
Jestem niepłodna, czyli chora. Niepłodność jest chorobą. Nie karą za coś, nie wstydem, nie brakiem. Jest chorobą. Ma różne podłoża, różne powody, czasem jest uleczalna, czasem nie. W większości przypadków pary niepłodne (bo niepłodność ZAWSZE dotyczy pary, nigdy nie jest problemem tylko jednej strony!!! A przynajmniej nie powinno tak być) w końcu doczekają się dziecka, po leczeniu, po zabiegach IUI lub IVF/ICSI/IMSI itp. Ale niestety nie wszystkie.
Ja zaszłam w ciążę dzięki zabiegowi inseminacji. Dzięki torbie leków.
A kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście, kiedy odebrałam betę... Pojawił się wielki strach. Bo niepłodność często idzie w parze z niemożnością utrzymania ciąży. Mnie się udało, donosiłam. Mnie się udało, urodziłam zdrowe dziecko w terminie. Ile mnie to nerwów kosztowało, to ja jedna wiem.
Niepłodność spowodowała, że wiem o swoim ciele i procesach hormonalnych więcej, niż niestety niejeden ginekolog. Niepłodność powoduje, że czasem to my szukamy, szperamy, czytamy, i próbując iść do przodu z leczeniem, podpowiadamy lekarzowi, co można jeszcze zrobić. Bo trafić na lekarza, który ma kompetencje i któremu się chce samemu z siebie pomóc, naprawdę ciężko. Wiele badań robiłam na własną rękę, tak się dowiedziałam o problemach immunologicznych na przykład.
Temat niepłodności teraz zaczyna znowu rosnąć we mnie. Bo coraz częściej myślę o drugim dziecku. I już planuję, co kiedy zbadać, o czym porozmawiać z lekarzem, bo nie chcę tracić czasu. Przy drugim dziecku powinno być o tyle łatwiej, że już znam swoją diagnozę, że wiem, na jakie leki reagowałam, wiem, na co się zgodzić a na co nie. Ale i tak się boję. Tych emocji, tego strachu, tej wielkiej nadziei która co miesiąc umierała wraz z wynikiem betaHCG<1. Mamy już jedno dziecko, tak, wiem, ale to nie znaczy, że starania o drugie będą łatwiejsze. Bardzo byśmy chcieli by Tosia miała rodzeństwo. Bardzo bym chciała nie musieć mówić Tosi, kiedy powie, że chce siostrzyczkę lub braciszka, że to niemożliwe, że nie wiem, czy się uda.
Maj dwa lata temu był dla mnie łaskawy. 1 maja zaczął się mój ostatni cykl starań, 30 maja odebrałam wynik potwierdzający ciążę. Kto wie, może przyszły maj też będzie szczęśliwy?
I pisałam wtedy też, że niepłodność nie kończy się z zajściem w ciążę. Niepłodnym jest się całe życie.
Temat ten cyklicznie wraca do mnie jak bumerang. Z różnych powodów.
Jestem niepłodna, czyli chora. Niepłodność jest chorobą. Nie karą za coś, nie wstydem, nie brakiem. Jest chorobą. Ma różne podłoża, różne powody, czasem jest uleczalna, czasem nie. W większości przypadków pary niepłodne (bo niepłodność ZAWSZE dotyczy pary, nigdy nie jest problemem tylko jednej strony!!! A przynajmniej nie powinno tak być) w końcu doczekają się dziecka, po leczeniu, po zabiegach IUI lub IVF/ICSI/IMSI itp. Ale niestety nie wszystkie.
Ja zaszłam w ciążę dzięki zabiegowi inseminacji. Dzięki torbie leków.
A kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście, kiedy odebrałam betę... Pojawił się wielki strach. Bo niepłodność często idzie w parze z niemożnością utrzymania ciąży. Mnie się udało, donosiłam. Mnie się udało, urodziłam zdrowe dziecko w terminie. Ile mnie to nerwów kosztowało, to ja jedna wiem.
Niepłodność spowodowała, że wiem o swoim ciele i procesach hormonalnych więcej, niż niestety niejeden ginekolog. Niepłodność powoduje, że czasem to my szukamy, szperamy, czytamy, i próbując iść do przodu z leczeniem, podpowiadamy lekarzowi, co można jeszcze zrobić. Bo trafić na lekarza, który ma kompetencje i któremu się chce samemu z siebie pomóc, naprawdę ciężko. Wiele badań robiłam na własną rękę, tak się dowiedziałam o problemach immunologicznych na przykład.
Temat niepłodności teraz zaczyna znowu rosnąć we mnie. Bo coraz częściej myślę o drugim dziecku. I już planuję, co kiedy zbadać, o czym porozmawiać z lekarzem, bo nie chcę tracić czasu. Przy drugim dziecku powinno być o tyle łatwiej, że już znam swoją diagnozę, że wiem, na jakie leki reagowałam, wiem, na co się zgodzić a na co nie. Ale i tak się boję. Tych emocji, tego strachu, tej wielkiej nadziei która co miesiąc umierała wraz z wynikiem betaHCG<1. Mamy już jedno dziecko, tak, wiem, ale to nie znaczy, że starania o drugie będą łatwiejsze. Bardzo byśmy chcieli by Tosia miała rodzeństwo. Bardzo bym chciała nie musieć mówić Tosi, kiedy powie, że chce siostrzyczkę lub braciszka, że to niemożliwe, że nie wiem, czy się uda.
Maj dwa lata temu był dla mnie łaskawy. 1 maja zaczął się mój ostatni cykl starań, 30 maja odebrałam wynik potwierdzający ciążę. Kto wie, może przyszły maj też będzie szczęśliwy?
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Ciąg dalszy o niepłodności - tym razem głównie o kosztach,
Sądząc po ilości komentarzy, to temat tu nośny i potrzebny, więc napiszę więcej.
Po pierwsze, chciałabym uściślić, że szanuję osoby, które decydują się na świadomą bezdzietność.
I wiadomo, każdy ma swoje priorytety, więc nie odbieram takiego prawa osobom, które najpierw chcą się dorobić kariery czy majątku a potem mieć dzieci. Ale osobiście, nie rozumiem tego, jak mówiłam, jestem skrzywiona. I wiem, że nie ma czegoś takiego jak dobry moment na dziecko. Zawsze trzeba coś kupić, zawsze jest jakiś szczebel kariery do osiągnięcia. Jakiś kredyt do spłacenia.
Ale do rzeczy... Przez ostatni rok intensywnego leczenia na leki, wizyty, badania, zabiegi i inseminacje wydaliśmy około dziesięciu tysięcy. Wszystkie oszczędności, każda dodatkowa kasa, kredytówki wyczyszczone do zera. Ale warto było :) :) :)
Najwięcej chyba poszło na badania i leki, dla mnie to paranoja, że leczenie niepłodności nie jest kompletnie refundowane. Jedna ampułka gonadotropin do iniekcji ponad sto złotych, w cyklu tych ampułek czasem i do pięciu potrzebowałam. Specjalistyczne tabletki do stymulacji nawet do 400 zł za dziesięć sztuk. Progesteron na drugą fazę musiałam przyjmować doustnie bo mam uczulenie na dopochwowe suplementy progesteronu. Opakowanie duphastonu to około 40 zł. Czasem w cyklu szły trzy. Inseminacja 500 zł. Przed nią conajmniej dwa monitoringi po 70 zł. Badanie LH i E2 przed IUI 50 zł. Badanie PRG, E2 i betaHCG po IUI 75 zł.
Diagnostyka, hmm... Gdyby podliczyć koszt badań... 550zł zapłaciłam za badanie drożności jajowodów w humanitarnych warunkach, tzn ze znieczuleniem. Badanie nasienia, dwukrotne, drugi raz dodatkowo z testem na opłaszczenie przeciwciałami - 500 zł. Moje badania laboratoryjne - hormony, przeciwciała, krzepliwość, jakieś inne bajery, wszystko kilkakrotnie powtarzane, co najmniej 1500 zł. Wizyty, monitoringi - tu się nie doliczę.
Jakbym miała do tego doliczyć jeszcze koszt jaki poniosłam, żeby się fizycznie i psychicznie podnieść po tych wszystkich porażkach... Fizjoterapia i psychoterapia to niestety w naszym kraju jeszcze luksusowe dobro, i kosztowne.... :/
W Polsce przyrost naturalny jest nadal ujemny, ale politycy zdają się nie widzieć problemu. Nie zrobią nic w kierunku refundowania leczenia niepłodności, bo by im katolickie lobby żyć nie dało. Niestety, nasz kraj to kraj katolickiej konserwy. IVF porównywane do aborcji, "niehumanitarne", IUI kojarząca się tylko z kryciem krów (kuzynka moja spytała mi się kiedyś czy to tak jak u krowy się odbywa), badanie nasienia grzechem bo odbywa się poprzez masturbację....
Jedna z was napisała w komentarzu, że zwiększa się świadomość społeczna. Zwiększa się, bo coraz więcej par dotyka ten problem, nie dlatego, że zwiększa się edukacja i zrozumienie wśród tych, których problem nie dotyczy. Ilu z moich znajomych spotkało się z napiętnowaniem, komentarzami, przykrymi docinkami - nie zliczę...
Mnie chyba najbardziej zabolał komentarz koleżanki z pracy - matki dwójki dzieci. Powiedziała mi kiedyś, że natura wie co robi i jak ktoś nie może mieć dzieci to znaczy że nie powinien ich mieć. Dobrze wiedziała, że się leczę. Według niej nie nadaję się na matkę bo nie jestem w stanie bez wspomagania medycznego mieć dziecka.
Po pierwsze, chciałabym uściślić, że szanuję osoby, które decydują się na świadomą bezdzietność.
I wiadomo, każdy ma swoje priorytety, więc nie odbieram takiego prawa osobom, które najpierw chcą się dorobić kariery czy majątku a potem mieć dzieci. Ale osobiście, nie rozumiem tego, jak mówiłam, jestem skrzywiona. I wiem, że nie ma czegoś takiego jak dobry moment na dziecko. Zawsze trzeba coś kupić, zawsze jest jakiś szczebel kariery do osiągnięcia. Jakiś kredyt do spłacenia.
Ale do rzeczy... Przez ostatni rok intensywnego leczenia na leki, wizyty, badania, zabiegi i inseminacje wydaliśmy około dziesięciu tysięcy. Wszystkie oszczędności, każda dodatkowa kasa, kredytówki wyczyszczone do zera. Ale warto było :) :) :)
Najwięcej chyba poszło na badania i leki, dla mnie to paranoja, że leczenie niepłodności nie jest kompletnie refundowane. Jedna ampułka gonadotropin do iniekcji ponad sto złotych, w cyklu tych ampułek czasem i do pięciu potrzebowałam. Specjalistyczne tabletki do stymulacji nawet do 400 zł za dziesięć sztuk. Progesteron na drugą fazę musiałam przyjmować doustnie bo mam uczulenie na dopochwowe suplementy progesteronu. Opakowanie duphastonu to około 40 zł. Czasem w cyklu szły trzy. Inseminacja 500 zł. Przed nią conajmniej dwa monitoringi po 70 zł. Badanie LH i E2 przed IUI 50 zł. Badanie PRG, E2 i betaHCG po IUI 75 zł.
Diagnostyka, hmm... Gdyby podliczyć koszt badań... 550zł zapłaciłam za badanie drożności jajowodów w humanitarnych warunkach, tzn ze znieczuleniem. Badanie nasienia, dwukrotne, drugi raz dodatkowo z testem na opłaszczenie przeciwciałami - 500 zł. Moje badania laboratoryjne - hormony, przeciwciała, krzepliwość, jakieś inne bajery, wszystko kilkakrotnie powtarzane, co najmniej 1500 zł. Wizyty, monitoringi - tu się nie doliczę.
Jakbym miała do tego doliczyć jeszcze koszt jaki poniosłam, żeby się fizycznie i psychicznie podnieść po tych wszystkich porażkach... Fizjoterapia i psychoterapia to niestety w naszym kraju jeszcze luksusowe dobro, i kosztowne.... :/
W Polsce przyrost naturalny jest nadal ujemny, ale politycy zdają się nie widzieć problemu. Nie zrobią nic w kierunku refundowania leczenia niepłodności, bo by im katolickie lobby żyć nie dało. Niestety, nasz kraj to kraj katolickiej konserwy. IVF porównywane do aborcji, "niehumanitarne", IUI kojarząca się tylko z kryciem krów (kuzynka moja spytała mi się kiedyś czy to tak jak u krowy się odbywa), badanie nasienia grzechem bo odbywa się poprzez masturbację....
Jedna z was napisała w komentarzu, że zwiększa się świadomość społeczna. Zwiększa się, bo coraz więcej par dotyka ten problem, nie dlatego, że zwiększa się edukacja i zrozumienie wśród tych, których problem nie dotyczy. Ilu z moich znajomych spotkało się z napiętnowaniem, komentarzami, przykrymi docinkami - nie zliczę...
Mnie chyba najbardziej zabolał komentarz koleżanki z pracy - matki dwójki dzieci. Powiedziała mi kiedyś, że natura wie co robi i jak ktoś nie może mieć dzieci to znaczy że nie powinien ich mieć. Dobrze wiedziała, że się leczę. Według niej nie nadaję się na matkę bo nie jestem w stanie bez wspomagania medycznego mieć dziecka.
niedziela, 11 grudnia 2011
Niepłodność nie kończy się wraz z zajściem w ciążę
Na pewno czułeś kiedyś wielki strach
Że oto mija twój najlepszy czas
Bezradność zniosła Cię na drugi plan
Czekanie sprawia ze gorzknieje cala słodycz w nas
Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
Tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen
Słowa zlewają się w fałszywy ton
Gdy nadwrażliwość jest jak bilet w jedna stronę stąd
Okłamali mnie z nadzieją że
Uwierzyłem i przestanę chcieć
Muszę leczyć się na ból i strach
Gdzie jest człowiek który z siebie sam pokaże mi jak
(COMA, Leszek Żukowski)
Ta piosenka jest mi niezwykle bliska. Słuchałam jej tak z milion razy. Kiedy się diagnozowałam. Kiedy się leczyłam. Kiedy czekałam na wynik leczenia. Niczego nie będzie żal.... Kiedy nic nie pomagało, ona była ze mną.
Dziś, w zaawansowanej ciąży, nadal jest mi bliska. Bo nigdy nie przestanę być niepłodna, nigdy nie przestanę czuć się niepłodna.
Niepłodność, zarówno dla kobiety jak i mężczyzny jest zakwestionowaniem podstawy ich tożsamości. Zakwestionowaniem kobiecości lub też męskości. Jest niewidocznym dla innych stygmatem na środku czoła.
Patrzyłam w lustro i widziałam kobietę. Z zewnątrz. A w środku jakiś kompletny chaos. Skoro jestem kobietą dlaczego moje ciało nie jest zdolne do poczęcia dziecka? Dlaczego nie jest zdolne chociażby do tak podstawowej rzeczy jak cykl miesiączkowy? Nie wiedziałam kiedyś, że będę się cieszyć jak przyjdzie okres... Uwierzcie mi, po dwóch latach czekania, to było coś. Jakby mi ktoś oddał tego drugiego brakującego iksa w chromosomach. Niestety na krótko. Bez leków moje ciało samo nie jest w stanie sprostać temu zadaniu. Nadal jestem fizycznie kobietą tylko jak wezmę odpowiednie tabletki.
Jestem w ciąży. Mogłabym uznać - problem solved. Niestety, niepłodność się zalecza, nie leczy. To tak jak z cukrzycą. Bierzesz leki, jest ok, funkcjonujesz. Nie bierzesz - problem wraca. Ale to już nawet nie o medyczne aspekty chodzi. Jestem skrzywiona. Przewrażliwiona na tym punkcie.
Denerwuje mnie jak 34-letnia kobieta z problemami hormonalnymi dość pogardliwie mówi, że o dziecku pomyśli za jakieś cztery lata bo teraz to jej jakoś nie po drodze. Denerwuje mnie jak 20-latka załatwia na lewo pigułki antykoncepcyjne bo nie chce iść się przebadać do gabinetu. I jak inna 20-latka mówi, że nie była jeszcze u ginekologa bo "jakoś wstyd". Ale współżyć się nie wstydzi.
I denerwuje mnie, że choć ten problem tak wielu par dotyczy, boją się o tym mówić, bo się wstydzą, bo w tym polskim ciemnogrodzie niepłodność to egzotyczna choroba weneryczna przecież. Jak zaczęłam wprost mówić - jestem niepłodna, leczę się, nagle okazało się, że wokół mnie jest mnóstwo ludzi, którzy mają ten sam problem, ludzi z dziećmi po IUI i IVF, ludzi którzy obgryzają paznokcie bo starają się już jakiś czas i nie wychodzi. Nagle okazało się, że nie jestem samotną wyspą. Oboje z mężem otwarcie od początku mówiliśmy, że się staramy, leczymy.
Nie mając wsparcia w ustawodawstwie, nie mając wsparcia w skatolicyzowanym społeczeństwie, często nie mając wsparcia w najbliższych... Codziennie setki par walczą o dziecko. Spotykając się z niezrozumieniem, wyzwiskami, drwiną. Z nieprzyjaznym systemem opieki zdrowotnej, gdzie większość lekarzy po prostu lekceważy pacjenta. Mnie samej, jak miałam lat około dwadzieścia, pewna "gwiazda" poznańskiej ginekologii powiedziała, że okres nie jest kobiecie do szczęścia potrzebny przecież, bo to tylko kłopot, więc czym się martwię.
Po tych staraniach mam w sobie jakieś głupie poczucie misji życiowej. Mówić o tym. Mówić o tym, że trzeba się badać, regularnie chodzić do ginekologa, nie brać bezkrytycznie dobranych "na oko" przez lekarza pigułek. Ja miałam szczęście, wpojono mi w domu, że regularne wizyty u ginekologa to podstawa, co prawda bardziej z myślą o nowotworach, bo obciążenie w rodzinie mam kosmiczne. Dzięki temu już mając 17 lat wiedziałam, że będę mieć pod górkę. Dzięki temu zaczęłam się starać o dziecko w wieku 22 lat. Dzięki temu doczekałam się pierwszej ciąży mając 25 lat. Któregoś dnia, robiąc sobie kolejny zastrzyk z gonadotropin, pomyślałam, że są już książki o mamach adopcyjnych, są książki o mamach aniołków, może czas napisać książkę o mamie - staraczce? Cały czas dojrzewa we mnie ta myśl...
sobota, 8 października 2011
Przyspieszony kurs dorastania
Miałam siedemnaście lat, kiedy dowiedziałam się, że z moimi hormonami nie jest dobrze. Miałam dwadzieścia, kiedy okres zniknął mi na dwa lata. Miałam pecha do lekarzy. Nikt nie traktował poważnie dwudziestolatki z zaburzeniami miesiączkowania. Mój ówczesny ginekolog miał złotą maksymę 'Przecież kobiecie okres nie jest potrzebny do szczęścia'. Nie, w ogóle. Po co.
I wyjechałam do Lublina. I tu, na drugim końcu Polski, tym niby zacofanym, tym z kategorii B, spotkałam lekarzy, którym się chciało. Początek był trudny. Z jednej strony cieszyłam się, że wreszcie będę zdiagnozowana, z drugiej każde kolejne badania pokazywały, jak bardzo będzie pod górkę. Cyklicznie przechodziłam kryzysy, starania miesiąc w miesiąc uniemożliwiały przejścia swoistej żałoby po każdym nieudanym cyklu, bo zaraz trzeba było działać w następnym. Badania, leki, monitoringi, rozkładanie nóg na samolocie n razy w miesiącu.. Po jakimś czasie zaczynasz się znieczulać na to. Teraz jestem już chyba specjalistą od interpretacji wyników, od rozpoznawania na USG grubości endometrium i wielkości pęcherzyków. Życie z kalendarzem w ręku. Seks z kalendarzem w ręku.
Jakimś cudem udało nam się nie zatracić w tym na tyle, żeby ograniczyć pożycie tylko do dni płodnych. Może dlatego, że dość szybko zapadła decyzja o inseminacji. To w jakiś sposób zdejmowało z nas ciężar starań. Owszem, brałam leki, chodziłam na monitoringi, ale to już nie od naszych chęci zależało, czy wykorzystamy odpowiednio dni płodne, ale od decyzji lekarza.
Pierwsza się nie udała. Nie wiem, dlaczego. Zły czas? Nie ta komórka? Nie ten plemnik? Mocno to przeżyłam, bo wiadomo, jak zaczynasz sięgać po metody wspomaganego rozrodu, nadzieje rosną. Musiałam odpocząć. Dopiero w kwietniu zdecydowaliśmy się wrócić na ring. Byłam wtedy po trzech miesiącach intensywnej fizjoterapii, w trakcie psychoterapii. Kwiecień nam nie sprzyjał, mimo leków, jedyne co mi wyrosło na jajnikach to PCOS. Było ciężko. Byłam przerażona zestawem leków, jakie dostałam na maj... ale z zaciśniętymi zębami zaczęłam nowy cykl pierwszego maja. Leki na śniadanie i kolację. Na obiad monitoring. Potem kilka zastrzyków. I szesnastego decyzja - to jutro! Wielki, 30mm pęcherzyk a w nim połowa Tosinych genów. Siedemnastego po 15.00 już było po wszystkim. I szybko do pracy.... Następne dwa tygodnie minęły jakoś tak niepostrzeżenie. Miałam tyle pracy że nie było czasu na myślenie udało się czy nie. Aż do pierwszego pozytywnego testu... Był blady, bardzo blady. Ale była ta druga legendarna kreska. Tosia już była z nami, jako mikroskopijny groszek.
Te trzy lata starań to był dla mnie przyspieszony kurs dorastania. Wiedziałam, że nie mam co liczyć na ciążę z wpadki, więc zdecydowaliśmy się mężem (wtedy jeszcze nim nie był) bardzo szybko na to, żeby się zacząć starać. I poszło... Musiałam nauczyć się robić sobie zastrzyki, bo nie chciało mi się jeździć codziennie ponad godzinę łącznie w obie strony specjalnie po to, żeby spędzić minutę w zabiegowym.
Zawsze dostawałam to, co chciałam, niemal natychmiast. Pieniądze, faceci, nie było 'nie'. Czekanie na dziecko nauczyło mnie pokory. Że czasem warto i trzeba zaczekać.
niedziela, 18 września 2011
Taka mała rocznica
Dziś mija rok odkąd wzięliśmy ślub. To trochę zabawne, rok po ślubie jestem w połowie ciąży. Przepisowo, no nie?
(Dzięki temu, że zaczęliśmy się starać na długo przed ślubem, uniknęliśmy wielu natarczywych, bezmyślnie raniących pytań. Ominęło nas to, co spotyka większość niepłodnych par. Głupota i ciekawość ludzka. Choć bez mądrych rad się nie obyło, szczególnie sztandarowego 'Musisz wyluzować, nie myśleć o tym.' Hahaha, bardzo zabawne, jak nie myśleć o tym, robiąc zastrzyki, siedząc w poczekalni gabinetu, czekając aż minie ta przydługa druga faza cyklu, odbierając po raz kolejny wynik <1. Chciałabym wiedzieć, mieć taki pstryczek w głowie, jak to wyłączyć. Ale to tak tylko na marginesie tej naszej rocznicy.)
Rok temu obiecywaliśmy przed Poważną Panią w Urzędzie, że 'zrobimy wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe'. Jakie jest? Zgodne na pewno, szczęśliwe również, a co do trwałości.. Po roku trudno oceniać ;) Jesteśmy. Kochamy się. I czekamy na Ciebie.
Adam się odgraża, że będziesz córeczką tatusia... Czy mamy już zbierać wszystko co różowe i z Hello Kitty? A może będziesz dziewczynką w ogrodniczkach która z zapartym tchem będzie patrzyła jak tata coś grzebie przy elektronice? Czy będziesz wolała moje buty na obcasach? Upieczemy kiedyś razem ciastka? Jaka jesteś, mała Antonino?
(Dzięki temu, że zaczęliśmy się starać na długo przed ślubem, uniknęliśmy wielu natarczywych, bezmyślnie raniących pytań. Ominęło nas to, co spotyka większość niepłodnych par. Głupota i ciekawość ludzka. Choć bez mądrych rad się nie obyło, szczególnie sztandarowego 'Musisz wyluzować, nie myśleć o tym.' Hahaha, bardzo zabawne, jak nie myśleć o tym, robiąc zastrzyki, siedząc w poczekalni gabinetu, czekając aż minie ta przydługa druga faza cyklu, odbierając po raz kolejny wynik <1. Chciałabym wiedzieć, mieć taki pstryczek w głowie, jak to wyłączyć. Ale to tak tylko na marginesie tej naszej rocznicy.)
Rok temu obiecywaliśmy przed Poważną Panią w Urzędzie, że 'zrobimy wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe'. Jakie jest? Zgodne na pewno, szczęśliwe również, a co do trwałości.. Po roku trudno oceniać ;) Jesteśmy. Kochamy się. I czekamy na Ciebie.
Adam się odgraża, że będziesz córeczką tatusia... Czy mamy już zbierać wszystko co różowe i z Hello Kitty? A może będziesz dziewczynką w ogrodniczkach która z zapartym tchem będzie patrzyła jak tata coś grzebie przy elektronice? Czy będziesz wolała moje buty na obcasach? Upieczemy kiedyś razem ciastka? Jaka jesteś, mała Antonino?
sobota, 17 września 2011
Zaczynam!
Podobno nie zaczyna się wypowiedzi od 'a więc'. Powtarzali mi to w szkole i na polonistyce. A więc...
Czekaliśmy na Ciebie trzy lata. Z tego rok bardzo intensywnego leczenia. Dzięki lekarzowi, któremu chyba pomnik postawię kiedyś, dziś fikasz koziołki w moim brzuchu. Już na pewno wiemy, że jesteś dziewczynką. Masz na imię Antonina Anna, w skrócie Tosia. Anna po mamie Twojego taty, po Twojej babci, której niestety nigdy nie poznasz, jak i mnie nie było dane poznać teściowej. Będziemy ją mogły tylko na cmentarzu odwiedzać...
Dzień 30 maja był słonecznym, ładnym poniedziałkiem. A ja o siódmej rano leciałam na badanie krwi. Do godziny jedenastej czekałam na wynik.. Po raz pierwszy od trzech lat wynik beta HCG nie był <1. Było 105! Patrzyłam na monitor piętnaście minut zanim do mnie dotarło. Zadzwoniłam do męża, do rodziców, siostry i w zasadzie nie musiałam nic mówić. Mój ton głosu mówił za mnie... Jestem w ciąży! Bałam się uwierzyć, dotarło do mnie że to się dzieje naprawdę dopiero na drugim USG, dwudziestego czerwca, kiedy usłyszałam Twoje serduszko.
Na każdym kolejnym USG jesteś coraz większa, silniejsza, strasznie ruchliwa. Pierwszy raz poczułam Twoje ruchy w połowie siedemnastego tygodnia ciąży. Lekarz był zdziwiony, że tak wcześnie, ale ja wiedziałam, że to na pewno Ty. Teraz już nieźle kopiesz, brzuch mi faluje jak robisz salta i się przeciągasz. Uwielbiam to uczucie...
Czekaliśmy na Ciebie trzy lata. Z tego rok bardzo intensywnego leczenia. Dzięki lekarzowi, któremu chyba pomnik postawię kiedyś, dziś fikasz koziołki w moim brzuchu. Już na pewno wiemy, że jesteś dziewczynką. Masz na imię Antonina Anna, w skrócie Tosia. Anna po mamie Twojego taty, po Twojej babci, której niestety nigdy nie poznasz, jak i mnie nie było dane poznać teściowej. Będziemy ją mogły tylko na cmentarzu odwiedzać...
Dzień 30 maja był słonecznym, ładnym poniedziałkiem. A ja o siódmej rano leciałam na badanie krwi. Do godziny jedenastej czekałam na wynik.. Po raz pierwszy od trzech lat wynik beta HCG nie był <1. Było 105! Patrzyłam na monitor piętnaście minut zanim do mnie dotarło. Zadzwoniłam do męża, do rodziców, siostry i w zasadzie nie musiałam nic mówić. Mój ton głosu mówił za mnie... Jestem w ciąży! Bałam się uwierzyć, dotarło do mnie że to się dzieje naprawdę dopiero na drugim USG, dwudziestego czerwca, kiedy usłyszałam Twoje serduszko.
Na każdym kolejnym USG jesteś coraz większa, silniejsza, strasznie ruchliwa. Pierwszy raz poczułam Twoje ruchy w połowie siedemnastego tygodnia ciąży. Lekarz był zdziwiony, że tak wcześnie, ale ja wiedziałam, że to na pewno Ty. Teraz już nieźle kopiesz, brzuch mi faluje jak robisz salta i się przeciągasz. Uwielbiam to uczucie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




