Click Me Click Me Click Me Click Me Click Me

sobota, 8 października 2011

Przyspieszony kurs dorastania

Miałam siedemnaście lat, kiedy dowiedziałam się, że z moimi hormonami nie jest dobrze. Miałam dwadzieścia, kiedy okres zniknął mi na dwa lata. Miałam pecha do lekarzy. Nikt nie traktował poważnie dwudziestolatki z zaburzeniami miesiączkowania. Mój ówczesny ginekolog miał złotą maksymę 'Przecież kobiecie okres nie jest potrzebny do szczęścia'. Nie, w ogóle. Po co. 

I wyjechałam do Lublina. I tu, na drugim końcu Polski, tym niby zacofanym, tym z kategorii B, spotkałam lekarzy, którym się chciało. Początek był trudny. Z jednej strony cieszyłam się, że wreszcie będę zdiagnozowana, z drugiej każde kolejne badania pokazywały, jak bardzo będzie pod górkę. Cyklicznie przechodziłam kryzysy, starania miesiąc w miesiąc uniemożliwiały przejścia swoistej żałoby po każdym nieudanym cyklu, bo zaraz trzeba było działać w następnym. Badania, leki, monitoringi, rozkładanie nóg na samolocie n razy w miesiącu.. Po jakimś czasie zaczynasz się znieczulać na to. Teraz jestem już chyba specjalistą od interpretacji wyników, od rozpoznawania na USG grubości endometrium i wielkości pęcherzyków. Życie z kalendarzem w ręku. Seks z kalendarzem w ręku. 

Jakimś cudem udało nam się nie zatracić w tym na tyle, żeby ograniczyć pożycie tylko do dni płodnych. Może dlatego, że dość szybko zapadła decyzja o inseminacji. To w jakiś sposób zdejmowało z nas ciężar starań. Owszem, brałam leki, chodziłam na monitoringi, ale to już nie od naszych chęci zależało, czy wykorzystamy odpowiednio dni płodne, ale od decyzji lekarza. 

Pierwsza się nie udała. Nie wiem, dlaczego. Zły czas? Nie ta komórka? Nie ten plemnik? Mocno to przeżyłam, bo wiadomo, jak zaczynasz sięgać po metody wspomaganego rozrodu, nadzieje rosną. Musiałam odpocząć. Dopiero w kwietniu zdecydowaliśmy się wrócić na ring. Byłam wtedy po trzech miesiącach intensywnej fizjoterapii, w trakcie psychoterapii. Kwiecień nam nie sprzyjał, mimo leków, jedyne co mi wyrosło na jajnikach to PCOS. Było ciężko. Byłam przerażona zestawem leków, jakie dostałam na maj... ale z zaciśniętymi zębami zaczęłam nowy cykl pierwszego maja. Leki na śniadanie i kolację. Na obiad monitoring. Potem kilka zastrzyków. I szesnastego decyzja - to jutro! Wielki, 30mm pęcherzyk a w nim połowa Tosinych genów. Siedemnastego po 15.00 już było po wszystkim. I szybko do pracy.... Następne dwa tygodnie minęły jakoś tak niepostrzeżenie. Miałam tyle pracy że nie było czasu na myślenie udało się czy nie. Aż do pierwszego pozytywnego testu... Był blady, bardzo blady. Ale była ta druga legendarna kreska. Tosia już była z nami, jako mikroskopijny groszek.

Te trzy lata starań to był dla mnie przyspieszony kurs dorastania. Wiedziałam, że nie mam co liczyć na ciążę z wpadki, więc zdecydowaliśmy się mężem (wtedy jeszcze nim nie był) bardzo szybko na to, żeby się zacząć starać. I poszło... Musiałam nauczyć się robić sobie zastrzyki, bo nie chciało mi się jeździć codziennie ponad godzinę łącznie w obie strony specjalnie po to, żeby spędzić minutę w zabiegowym. 

Zawsze dostawałam to, co chciałam, niemal natychmiast. Pieniądze, faceci, nie było 'nie'. Czekanie na dziecko nauczyło mnie pokory. Że czasem warto i trzeba zaczekać. 

3 komentarze:

  1. a wiec córa - cudownie - gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja Kuleczka jest z 15 maja :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja w mniej więcej podobnym wieku też już wiedziałam, że nie wszystko jest w porządku z moim miesiączkowaniem. I w Szczecinie również doświadczyłam tego, co Ty. Młoda dziewczyna, to czym się martwić, zaczniesz się starać o dziecko, to wtedy będziemy się martwić-takie mniej więcej rozumowanie było lekarzy, na których trafiałam. Co któryś bardziej się wczuł i po 4miesiącach bez okresu wypisywał receptę na zastrzyk na wywołanie... Był we mnie OGROMNY strach, że nie będę mogła mieć dzieci. Jakimś cudem z pierwszą Córką udało nam się za pierwszym razem. Nie wierzyłam... Całą ciążę się bałam. Z drugą Córcią dłuższe starania, ale też udało się bez leczenia... I mimo, że sama nie doświadczyłam bezpośrednio problemów z zajściem w ciążę, to rozumiem każdą jedną mamę, która swoje musiała przejść. Gratuluję Córci!

    OdpowiedzUsuń