Dzień bywa różny.
Czasem jest sam śmiech, zabawa, spacery, love in the air i w ogóle. Czasem dużo 'buntu dwulatka' i mało mojej tolerancji na tenże. Wtedy czasem i łzy się poleją, i głos podniesie. Najczęściej gdzieś pośrodku, czasem słońce czasem deszcz.
Ale niezależnie od tego, jak minął dzień, jedno jest niezmienne. Lubię nasze wieczory. Rytualny taniec radości 'kakao, kakao, kakao' w kuchni na widok butelki z boskim napojem. Wspólne oglądanie ostatniej bajki. Potem zwyczajowy płacz na hasło, że tablet idzie spać. Mąż sięga po książkę i kładzie się na naszym materacu, ja obok z małą wtuloną leżymy i słuchamy. Ostatnio 'Kubuś Puchatek'. Pięć obrotów w tę i z powrotem pod kołderką. Niezdecydowanie - czy dziś zasypianie plecami do mamy czy z ręką w dekolcie. I ta chwila, kiedy oczka się przymykają, zamieszanie ustaje, słuchamy... Słuchamy aż oddech się wyrówna, aż sen zmorzy.
A wtedy ja jeszcze leżę chwilę, jeszcze wdycham ten dziecięcy zapach, chłonę to ciepło. Często jezcze wtedy kot przyjdzie i się położy przy moich plecach, mrucząc jak mały silnik. Czasem zasnę z małą, a czasem jeszcze trzeba coś zrobić, chleb upiec, pranie powiesić... Wtedy z żalem wstaję. Palcem kotu pogrożę, żeby nie ważył się po Tosi łazić i idę do swoich obowiązków.
A Tosia śni, i we śnie przeżywa różne przygody prawdziwe i zmyślone...





:)
OdpowiedzUsuńJak miło się czyta takie posty :) Już nie mogę się doczekać, kiedy sama tych macierzyńskich uczuć doświadczę :) Pozdrawiam i na pewno będę zaglądała tu częściej :)
OdpowiedzUsuń:) I u nas kakao stało się częścią wieczornych rytuałów :)
OdpowiedzUsuń