Click Me Click Me Click Me Click Me Click Me

wtorek, 27 maja 2014

Na dzień matki

Moja koleżanka z LO napisała dziś na tablicy na fejsie coś, co mnie poruszyło. Pozwolę sobie zacytować...

'A ja w tym dniu życzę wszystkim tym, którzy nie do końca mogli w życiu poczuć co to Matczyna Miłość, nauka i opieka aby pamiętali że dzięki temu wiedzą jak bardzo jest to ważne...'

Ja czasem o tym zapominam. Że nie chcę być taką matką, jaką była i jest moja matka. Emocjonalnie niedostępną, toksyczną, egoistyczną, 'poświęcającą się'. Czasem łapię się na tym, że włączam małej jedną bajkę po drugiej, byle się odczepiła ode mnie, byle bym miała chwilę ciszy i spokoju. Czasem tak mnie irytuje to ciągłe 'mamo, mamo, mamo, chodź, mamo, mamo........', że mam ochotę zatkać jej buzię. Albo zakleić taśmą. Czasem sobie myślę, że te wszystkie mądre książki to o kant dupy potłuc. Że na nic terapie, praca nad sobą. Bo jak się w człowieku zagotuje, to koniec. Czerwona mgła przed oczami a nie cytaty z 'W głębi kontinuum'. 

Ale zawsze po takich chwilach przychodzi refleksja. Czekałam na to dziecko bardzo długo. Summa summarum czekałam na nie 10 lat, od momentu, kiedy się dowiedziałam, że będę o nie musiała zawalczyć. 

Wywalczyłam. Donosiłam. Urodziłam własnymi siłami. Wykarmiłam własną piersią. Nosiłam póki mi sił starczyło. Raz było lepiej, raz gorzej, czasem zupełnie źle a czasem tak fantastycznie, że wymyka się to wszelkim opisom. 

Jestem matką, z całym tym dobrodziejstwem inwentarza. Tosia chce malować paznokcie jak ja, suszyć włosy ze mną, brać leki jak ja biorę, jeść to co ja jem, gotować razem ze mną, sprzątać, wieszać pranie..  Jest teraz małym lustrem. I choć wiem, że czasem daję dupy równo ( w mojej ocenie), to chyba jednak nie jest źle. Patrzę na nią i widzę taki ogrom możliwości.. I myślę, cały czas myślę, jak jej nie podciąć skrzydeł, jak jej nie stłamsić oczekiwaniami... 

Czy możliwe jest, dać dziecku to, czego się samemu nie zaznało? Miłość, empatię, zrozumienie, wolność wyboru, akceptację tegoż? Ponoć w jakiś sposób kiedy opiekujemy się dzieckiem, opiekujemy się też dzieckiem w sobie, więc może jest to jednak możliwe... 

Dokonałam w trakcie swojej drogi macierzyńskiej wielu kontrowersyjnych dla mojej rodziny wyborów. Długie - według nich - karmienie piersią. Nie zmuszanie do jedzenia 'stałych' pokarmów. Wspólne spanie. Noszenie. Jestem w ich oczach dziwadłem, a moje dziecko jest szczęśliwe tylko przez jakiś niesamowity przypadek. A raczej - pomimo moich dziwactw. Bo szczęśliwe dziecko leży cicho,złamane płaczem, w swoim łóżeczku, karmione od trzeciego miesiąca zmodyfikowanym mlekiem dla cieląt, dostawszy uprzednio klapa na tyłek za to, że się darło. 

Mój ojciec, kiedy byłam w ciąży, powiedział mi, że nie wyobraża mnie sobie w roli matki. Powiedzieć to własnej córce, która kilka lat walczyła o dziecko i było ono jej nawiększym pragnieniem - szczyt bezmyślności? Głupoty? Dowód na kompletny brak empatii? 

Jako córka, 'zawiodłam' ich na całej linii. Nie skończyłam studiów, nie spytałam o pozwolenie kiedy wyprowadzałam się do innego miasta, nie pytałam o pozwolenie na ślub - o obu tych faktach zostali poinformowani, jak już było wszystko ustalone. Nie pytałam, czy mogę mieć dziecko a teraz śmiem starać się o drugie, czym, zgodnie z tym, co twierdzi moja mama - zrobię Tosi krzywdę. No rzeczywiście, rodzeństwo to taka tragedia...

 Mamusia powiedziała mi kiedyś, że jesteśmy jej porażkami pedagogicznymi. Cieszę się z tego. Bo strach się bać, jakie byłybyśmy, jakie byłoby nasze życie, gdybyśmy nimi nie były. Wolę być porażką pedagogiczną, która żyje po swojemu, niż sukcesem, który tańczy jak mu zagrają.... 

Mam w swoim bagażu mnóstwo takich anegdotek z dzieciństwa, dzieciństwa na wskroś, choć po cichu bo bez picia i bicia, patologicznego. 

Ale dziś, kiedy w nocy (o magicznym trybie stand-by w którym żyję od dwóch lat napiszę osobno) budzi mnie nawet lekki szmer, kiedy budzi mnie płacz Tosi, która natychmiast uspokaja się i zasypia dalej, jak ją przytulam, jedno wiem na pewno. Taką chcę być matką - matką u której dziecko znajdzie ukojenie lęków, uspokojenie. Taki chcę mieć dom - dom, który będzie dla wszystkich domowników twierdzą. Dom, w którym na każdy kłopot znajdzie się rada, dom, w którym z kłopotami radzić będziemy sobie wspólnie. Bo w końcu kilka lat temu znalazłam taki dom, do którego lubię wracać, w którym się uspokajam, Tym domem jest moje małżeństwo, a teraz także moje macierzyństwo. Dziś jak stoję z kluczem przy drzwiach wejściowych nie dostaję tachykardii, co tym razem zastanę w domu. Doskonale wiem, co. Niepozmywane naczynia, bałagan, pranie do rozwieszenia lub poskładania, kocią kupę do sprzątnięcia, stertę klocków do potykania się o nie. I w jakiś pokrętny sposób ten cały bajzel codzienny uspokaja mnie. Bo z każdego klocka, każdej plamy na podłodze, każdego kociego kłaka na kanapie łypie na mnie miłość. 

8 komentarzy:

  1. Wczoraj napisalam w poscie, ze moje dzieci nie sa moim sukcesem. Nie sa tez moja porazka. Nie mam zamiaru rozpatrywac ich wlasnie w takich kategoriach, bo to, by znaczylo, ze ide z innymi matkami na wyscig szczurow, a moje dzieci beda mi musialy cos cale zycie udowadniac. Co, to znaczy to, ze moje "poswiecenie" sie oplacilo. Nie chce tego. Nie chce mowic takich rzeczy, jak Twoja mama Tobie. Nie chce, zeby moje dzieci byly mi cos winne. Chce tylko, by zawsze czuly, ze sa kochane. Wszystkiego najlepszego zycze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak, i wiesz w przypadku moich rodziców to nawet nie chodzi o wyścig z innymi rodzicami, tylko o wygórowane oczekiwania, spełnianie przez dzieci marzeń rodziców i kompletny brak wiary w dziecko. Jeszcze jedną rzeczą którą usłyszalam od mamy, było, że nie spodziewali sie, że mi się życie ułozy,to moja siostra była tą skazaną na sukces, a mnie miało byc w życiu ciężko... Fajnie, nie?

      Usuń
    2. Sa niestety ewidentnym przykladem toksycznych rodzicow, czyli "jak nie postepowac/nie mowic do dziecka"...

      Usuń
    3. Kiedyś czytałam książkę nt toksycznych ludzi i mogliby tam zamienić we wszystkich przykładach imiona na dane mojej matki. A mój ojciec jest aspołecznym tchórzem, który boi się postawić żonie...

      Usuń
  2. Jak ja Ciebie rozumiem! Miałam podobnie bardzo, a ciągnie się do dzis. Nawet dzisiaj pisałam o tym u siebie, dzień matki a ja posprzeczałam się z ojcem... chyba poważnie. I chociaż wiem, ze on nawalił, mnie zżerają wyrzuty sumienia. MOja matka też uważała, ze ja się nie nadaję na mamę. i też mają z ojcem zdanie na mój temat jako matki- że jestem przewrazliwiona itp... pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się zdążyłam przyzwyczaić do tego, że dla nich nigdy nic nie będzie w porządku. Traktuję to jak folklor... Świata nie zmienisz, możesz zmienić swoje podejście do świata, tak mawiała moja psychoterapeutka kiedyś. Nie mam szans na normalny dialog z rodzicami, ograniczam więc jakiekolwiek z nimi dialogi.

      Usuń
  3. Rodzice potrafią podciąć skrzydła nieświadomie. A czasem wręcz z premedytacją.
    Choć mam ponad 30 lat - ich błędy pedagogiczne ciągle "odbijają mi się czkawką"...
    problemy, z którymi dziś się męczę wynikają właśnie z ich ciągłej niewiary we mnie...
    bo skoro przez tyle lat nikt we mnie nie wierzył - to jak nagle uwierzyć?

    kocham ich, to moi rodzice, ale mam też wiele, wiele żalu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja odetchnęłam, jak się wyprowadziłam, najpierw na drugi koniec Polski a potem za granicę... Teraz czeka mnie powrót... I już się zastanawiam, jak postawić granice, by wiedzieli, że na pewne rzeczy już się nie zgadzam...

      Usuń