Tak jak w tytule. Nie znoszę starań o dziecko. Seks na akord, czy się chce czy nie, czy boli czy nie boli. Czekanie w drugiej fazie, doszukiwanie się objawów lub ich braku. I wielkie nic na koniec czyli koncertowa jedna kreska na teście...
Czekam na lipcową inseminację jak na zbawienie. Ona zdejmuje z nas ciężar starań. Seks? Dla przyjemności. To od lekarza zależy, czy trafi w odpowiedni dzień.
Tymczasem czas wrócić do basicu... Porobić badania - ja hormony, tarczyca. A mąż badanie nasienia.
I chyba muszę wykuć niemiecką terminologię i poćwiczyć groźny ton. Bo na USG nie mogłam uzyskać żadnych potrzebnych mi informacji.
-jakie jest endometrium?
-a jakie to ma znaczenie, ono dopiero się teraz buduje
-a widać na usg że była owulacja?
-no bolało panią w weekend, to było wtedy
0.o
I zdecydowanie zmniejszyła się moja tolerancja na leki, stymulacja owulacji w tym cyklu zakończyła się potworną migreną z podwójnym widzeniem...





Będę trzymać kciuki! Dużo siły życzę :)
OdpowiedzUsuńPowodzenia!
OdpowiedzUsuńPowodzenia, niech się Wam ułoży pozytywnie;) trzymam kciuki.
OdpowiedzUsuńa naturalnie nie próbujecie? przeszlam 7 inseminacji, takze wiem o czym piszesz. wspieram <3
OdpowiedzUsuńJa też nie znoszę. W pewnym momencie doszło do tego, że wolałam inseminację niż zbliżenie z własnym mężem. Takie wyliczenia,kalkulacje, odbębnianie wszystkiego z kalendarzem i zegarkiem w ręku - to zabija cały romantyzm i spontaniczność :( Nieustająco trzymam kciuki :*
OdpowiedzUsuń