Na pewno czułeś kiedyś wielki strach
Że oto mija twój najlepszy czas
Bezradność zniosła Cię na drugi plan
Czekanie sprawia ze gorzknieje cala słodycz w nas
Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
Tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen
Słowa zlewają się w fałszywy ton
Gdy nadwrażliwość jest jak bilet w jedna stronę stąd
Okłamali mnie z nadzieją że
Uwierzyłem i przestanę chcieć
Muszę leczyć się na ból i strach
Gdzie jest człowiek który z siebie sam pokaże mi jak
(COMA, Leszek Żukowski)
Ta piosenka jest mi niezwykle bliska. Słuchałam jej tak z milion razy. Kiedy się diagnozowałam. Kiedy się leczyłam. Kiedy czekałam na wynik leczenia. Niczego nie będzie żal.... Kiedy nic nie pomagało, ona była ze mną.
Dziś, w zaawansowanej ciąży, nadal jest mi bliska. Bo nigdy nie przestanę być niepłodna, nigdy nie przestanę czuć się niepłodna.
Niepłodność, zarówno dla kobiety jak i mężczyzny jest zakwestionowaniem podstawy ich tożsamości. Zakwestionowaniem kobiecości lub też męskości. Jest niewidocznym dla innych stygmatem na środku czoła.
Patrzyłam w lustro i widziałam kobietę. Z zewnątrz. A w środku jakiś kompletny chaos. Skoro jestem kobietą dlaczego moje ciało nie jest zdolne do poczęcia dziecka? Dlaczego nie jest zdolne chociażby do tak podstawowej rzeczy jak cykl miesiączkowy? Nie wiedziałam kiedyś, że będę się cieszyć jak przyjdzie okres... Uwierzcie mi, po dwóch latach czekania, to było coś. Jakby mi ktoś oddał tego drugiego brakującego iksa w chromosomach. Niestety na krótko. Bez leków moje ciało samo nie jest w stanie sprostać temu zadaniu. Nadal jestem fizycznie kobietą tylko jak wezmę odpowiednie tabletki.
Jestem w ciąży. Mogłabym uznać - problem solved. Niestety, niepłodność się zalecza, nie leczy. To tak jak z cukrzycą. Bierzesz leki, jest ok, funkcjonujesz. Nie bierzesz - problem wraca. Ale to już nawet nie o medyczne aspekty chodzi. Jestem skrzywiona. Przewrażliwiona na tym punkcie.
Denerwuje mnie jak 34-letnia kobieta z problemami hormonalnymi dość pogardliwie mówi, że o dziecku pomyśli za jakieś cztery lata bo teraz to jej jakoś nie po drodze. Denerwuje mnie jak 20-latka załatwia na lewo pigułki antykoncepcyjne bo nie chce iść się przebadać do gabinetu. I jak inna 20-latka mówi, że nie była jeszcze u ginekologa bo "jakoś wstyd". Ale współżyć się nie wstydzi.
I denerwuje mnie, że choć ten problem tak wielu par dotyczy, boją się o tym mówić, bo się wstydzą, bo w tym polskim ciemnogrodzie niepłodność to egzotyczna choroba weneryczna przecież. Jak zaczęłam wprost mówić - jestem niepłodna, leczę się, nagle okazało się, że wokół mnie jest mnóstwo ludzi, którzy mają ten sam problem, ludzi z dziećmi po IUI i IVF, ludzi którzy obgryzają paznokcie bo starają się już jakiś czas i nie wychodzi. Nagle okazało się, że nie jestem samotną wyspą. Oboje z mężem otwarcie od początku mówiliśmy, że się staramy, leczymy.
Nie mając wsparcia w ustawodawstwie, nie mając wsparcia w skatolicyzowanym społeczeństwie, często nie mając wsparcia w najbliższych... Codziennie setki par walczą o dziecko. Spotykając się z niezrozumieniem, wyzwiskami, drwiną. Z nieprzyjaznym systemem opieki zdrowotnej, gdzie większość lekarzy po prostu lekceważy pacjenta. Mnie samej, jak miałam lat około dwadzieścia, pewna "gwiazda" poznańskiej ginekologii powiedziała, że okres nie jest kobiecie do szczęścia potrzebny przecież, bo to tylko kłopot, więc czym się martwię.
Po tych staraniach mam w sobie jakieś głupie poczucie misji życiowej. Mówić o tym. Mówić o tym, że trzeba się badać, regularnie chodzić do ginekologa, nie brać bezkrytycznie dobranych "na oko" przez lekarza pigułek. Ja miałam szczęście, wpojono mi w domu, że regularne wizyty u ginekologa to podstawa, co prawda bardziej z myślą o nowotworach, bo obciążenie w rodzinie mam kosmiczne. Dzięki temu już mając 17 lat wiedziałam, że będę mieć pod górkę. Dzięki temu zaczęłam się starać o dziecko w wieku 22 lat. Dzięki temu doczekałam się pierwszej ciąży mając 25 lat. Któregoś dnia, robiąc sobie kolejny zastrzyk z gonadotropin, pomyślałam, że są już książki o mamach adopcyjnych, są książki o mamach aniołków, może czas napisać książkę o mamie - staraczce? Cały czas dojrzewa we mnie ta myśl...





