Click Me Click Me Click Me Click Me Click Me

wtorek, 27 maja 2014

Kinderturnen

Pisałam już kiedyś, że Tosia chodzi na tzw Kinderturnen. To zajęcia sportowe, my akurat mamy grupę 1,5-4 lata. Polegają one na tym, że na sali rozstawione są różne sprzęty gimnastyczne, różne tory przeszkód, przyrządy do skakania, wspinania się, huśtania i wszystkie dzieci latają po sali, włażą gdzie się da, krzyczą, śmieją się, ogólnie rozpierducha na całego. W mojej grupie rodzic jest z dzieckiem na sali, w grupie powyżej 4l już dzieci są same.

Widzę same plusy tych zajęć. Tosia je kocha. Ledwie tam wejdziemy, już chce lecieć na salę. Kiedy się kończą, płacze rzewnymi łzami wołając 'jesce, jesce'... W drodze powrotnej najczęściej zasypia, po półtorej godziny maksymalnego wysiłku fizycznego.

Odkąd tam chodzimy, zauważyłam duuży wzrost jej sprawności fizycznej i odwagi. Na placu zabaw wspina się na wszystko co się da, jak mała małpka. Uczy się podskakiwać na obu nogach. Dziś na zajęciach odepchnęła moją rękę i sama poszła na wąziutkiej równoważni. I nawet to, że z niej spadła (na miękkie materace), nie spowodowało, że za drugim razem chciała iść z asekuracją.

Uczy się też, że trzeba czasem poczekać na swoją kolej, bo na trampolinę i do huśtawek zawsze jest kolejka. Cierpliwie czeka, kiedy jej wytłumaczę, że najpierw dzieci przed nią skorzystają ze sprzętu a potem ona. Co jakiś czas tylko przypomina 'ja tes'.

Jest w tym wszystkim tak rozentuzjazmowana, biega cała roześmiana po sali, od razu zwróciła na siebie uwagę opiekunów grupy :)

Btw jak patrzę na 4latki z pieluchą to mi słabo... a w Niemczech to normalne... 0.o

Na dzień matki

Moja koleżanka z LO napisała dziś na tablicy na fejsie coś, co mnie poruszyło. Pozwolę sobie zacytować...

'A ja w tym dniu życzę wszystkim tym, którzy nie do końca mogli w życiu poczuć co to Matczyna Miłość, nauka i opieka aby pamiętali że dzięki temu wiedzą jak bardzo jest to ważne...'

Ja czasem o tym zapominam. Że nie chcę być taką matką, jaką była i jest moja matka. Emocjonalnie niedostępną, toksyczną, egoistyczną, 'poświęcającą się'. Czasem łapię się na tym, że włączam małej jedną bajkę po drugiej, byle się odczepiła ode mnie, byle bym miała chwilę ciszy i spokoju. Czasem tak mnie irytuje to ciągłe 'mamo, mamo, mamo, chodź, mamo, mamo........', że mam ochotę zatkać jej buzię. Albo zakleić taśmą. Czasem sobie myślę, że te wszystkie mądre książki to o kant dupy potłuc. Że na nic terapie, praca nad sobą. Bo jak się w człowieku zagotuje, to koniec. Czerwona mgła przed oczami a nie cytaty z 'W głębi kontinuum'. 

Ale zawsze po takich chwilach przychodzi refleksja. Czekałam na to dziecko bardzo długo. Summa summarum czekałam na nie 10 lat, od momentu, kiedy się dowiedziałam, że będę o nie musiała zawalczyć. 

Wywalczyłam. Donosiłam. Urodziłam własnymi siłami. Wykarmiłam własną piersią. Nosiłam póki mi sił starczyło. Raz było lepiej, raz gorzej, czasem zupełnie źle a czasem tak fantastycznie, że wymyka się to wszelkim opisom. 

Jestem matką, z całym tym dobrodziejstwem inwentarza. Tosia chce malować paznokcie jak ja, suszyć włosy ze mną, brać leki jak ja biorę, jeść to co ja jem, gotować razem ze mną, sprzątać, wieszać pranie..  Jest teraz małym lustrem. I choć wiem, że czasem daję dupy równo ( w mojej ocenie), to chyba jednak nie jest źle. Patrzę na nią i widzę taki ogrom możliwości.. I myślę, cały czas myślę, jak jej nie podciąć skrzydeł, jak jej nie stłamsić oczekiwaniami... 

Czy możliwe jest, dać dziecku to, czego się samemu nie zaznało? Miłość, empatię, zrozumienie, wolność wyboru, akceptację tegoż? Ponoć w jakiś sposób kiedy opiekujemy się dzieckiem, opiekujemy się też dzieckiem w sobie, więc może jest to jednak możliwe... 

Dokonałam w trakcie swojej drogi macierzyńskiej wielu kontrowersyjnych dla mojej rodziny wyborów. Długie - według nich - karmienie piersią. Nie zmuszanie do jedzenia 'stałych' pokarmów. Wspólne spanie. Noszenie. Jestem w ich oczach dziwadłem, a moje dziecko jest szczęśliwe tylko przez jakiś niesamowity przypadek. A raczej - pomimo moich dziwactw. Bo szczęśliwe dziecko leży cicho,złamane płaczem, w swoim łóżeczku, karmione od trzeciego miesiąca zmodyfikowanym mlekiem dla cieląt, dostawszy uprzednio klapa na tyłek za to, że się darło. 

Mój ojciec, kiedy byłam w ciąży, powiedział mi, że nie wyobraża mnie sobie w roli matki. Powiedzieć to własnej córce, która kilka lat walczyła o dziecko i było ono jej nawiększym pragnieniem - szczyt bezmyślności? Głupoty? Dowód na kompletny brak empatii? 

Jako córka, 'zawiodłam' ich na całej linii. Nie skończyłam studiów, nie spytałam o pozwolenie kiedy wyprowadzałam się do innego miasta, nie pytałam o pozwolenie na ślub - o obu tych faktach zostali poinformowani, jak już było wszystko ustalone. Nie pytałam, czy mogę mieć dziecko a teraz śmiem starać się o drugie, czym, zgodnie z tym, co twierdzi moja mama - zrobię Tosi krzywdę. No rzeczywiście, rodzeństwo to taka tragedia...

 Mamusia powiedziała mi kiedyś, że jesteśmy jej porażkami pedagogicznymi. Cieszę się z tego. Bo strach się bać, jakie byłybyśmy, jakie byłoby nasze życie, gdybyśmy nimi nie były. Wolę być porażką pedagogiczną, która żyje po swojemu, niż sukcesem, który tańczy jak mu zagrają.... 

Mam w swoim bagażu mnóstwo takich anegdotek z dzieciństwa, dzieciństwa na wskroś, choć po cichu bo bez picia i bicia, patologicznego. 

Ale dziś, kiedy w nocy (o magicznym trybie stand-by w którym żyję od dwóch lat napiszę osobno) budzi mnie nawet lekki szmer, kiedy budzi mnie płacz Tosi, która natychmiast uspokaja się i zasypia dalej, jak ją przytulam, jedno wiem na pewno. Taką chcę być matką - matką u której dziecko znajdzie ukojenie lęków, uspokojenie. Taki chcę mieć dom - dom, który będzie dla wszystkich domowników twierdzą. Dom, w którym na każdy kłopot znajdzie się rada, dom, w którym z kłopotami radzić będziemy sobie wspólnie. Bo w końcu kilka lat temu znalazłam taki dom, do którego lubię wracać, w którym się uspokajam, Tym domem jest moje małżeństwo, a teraz także moje macierzyństwo. Dziś jak stoję z kluczem przy drzwiach wejściowych nie dostaję tachykardii, co tym razem zastanę w domu. Doskonale wiem, co. Niepozmywane naczynia, bałagan, pranie do rozwieszenia lub poskładania, kocią kupę do sprzątnięcia, stertę klocków do potykania się o nie. I w jakiś pokrętny sposób ten cały bajzel codzienny uspokaja mnie. Bo z każdego klocka, każdej plamy na podłodze, każdego kociego kłaka na kanapie łypie na mnie miłość. 

piątek, 23 maja 2014

Zawieszenie

Internet mam tak słaby, że o postach ze zdjęciami nie ma mowy.

Zaległy warsztat kwietniowy nadal jest zaległy, bo wciąż czekam na paczkę z zamówieniem, które stanowi 95% warsztatu historycznego.

Zawiesiło się jakoś życie na blogu, jedynie uzupełniam zakładkę z Tosi słownikiem. Bo eksplodują nam co chwilę nowe słowa.

Przeżyłam czterodniową koszmarną migrenę z podwójnym widzeniem po lekach na stymulację owulacji.

Zrobiło się gorąco, więc całe dnie spędzamy na dworze, lub na balkonie. Oglądamy owce, konie, sarny i bażanty - urok mieszkania na zadupiu.

Minął zupełnie lęk kąpielowo-myciogłowowy ;) Wręcz jest teraz fascynacja tematem, znów dziecko na hasło kąpiel leci do łazienki bo jak kąpiel to już zaraz.

I tak moja dzień za dniem, czekam na te zmiany, które mają nastąpić już niedługo, modlę się o cud ponownego macierzyństwa, w myślach dzielę skórę na żywym niedźwiedziu i pozwalam sobie myśleć np jak urządzić pokój dzieciom, albo inne takie...

I zastanawiam się jeszcze, jak długo można pisać o macierzyństwie, o dziecku, nim temat stanie się jałowy, nawet dla tego, kto to pisze. Myślę, że niedługo ten blog zniknie, nikt jakoś nie płacze, że przestałam pisać, i ja też za tym nie płaczę. Nie marzy mi się kariera blogera. Może nie mam w sobie tej iskry, albo determinacji, albo parcia na szkło.

środa, 7 maja 2014

O drugiej ciąży

Moje myśli krążą teraz wokół tematu drugiego dziecka. Szczególnie w kontekście mnie w ciąży (a więc prawdopodobnie słabej jak sik pająka, mdlejącej co chwilę i muszącej dużo leżeć z powodu obniżenia narządu rodnego) będącej z Tosią sama. I myślę sobie, że ta druga ciąża, to będzie na zasadzie selekcji naturalnej niestety. Jeśli jestem wystarczająco silna i dziecko wystarczająco silne będzie, to ciąża się utrzyma i donosi.. A jeśli nie - "to trudno"... Nie będę mogła pozwolić sobie na leżenie na kanapie 24h jak to było w pierwszej ciąży - nieraz nie wstawałam z łóżka cały dzień bo mi było tak słabo lub niedobrze. Nie będę mogła pozwolić sobie na dłuższy pobyt w szpitalu, gdyby była taka potrzeba - bo nikt mi się nie zajmie tak długo dzieckiem a mąż nie będzie mógł zrezygnować z pracy na dłużej niż kilka dni, a poza tym serce by mi pękło, że zostawiam ją samą.

Boję się tego strasznie, a jednocześnie jestem z tych, co wolą ponosić konsekwencje dokonania wyboru, niż resztę życia zastanawiać się, co by było gdyby. Nie chcę spędzić kolejnych lat myśląc, że może gdybym zdecydowała się zajść, może bym donosiła, urodziła, dała radę. Spróbuję, bo szanse są duże. Ostatnio jest dużo lepiej, jakby się cofnęło wszystko z powrotem, nawet szyjki już tak nie czuję mocno jak wcześniej. Ćwiczę dużo, może to daje efekty. Mam świadomość, że to pewnie tymczasowa poprawa i prędzej czy później wszystko siądzie znowu. A póki co, cieszę się tym, co jest.

Myśląc o drugim dziecku, wizualizuję sobie, jak siedzę  wieczorem z Tosiulą przytuloną z jednej strony i maluchem przy piersi z drugiej strony. Wizualizuję, jak czytam im książkę na dobranoc. Tego się trzymam, to jest dobre.

A dziś Tosia postanowiła mnie oświecić co do swojej dojrzałości. Przyszła do mnie i mówi 'ja dzidzia niee'. Pytam jej się - Mówisz, że nie jesteś już dzidzią? Jesteś teraz dużą dziewczynką? Pokiwała głową i powiedziała 'takk'.

Jest dużą dziewczynką już. Dużo mówi, dziś sama sobie ugotowała obiad i zrobiła ciasteczka (oczywiście z moją pomocą i przy moim nadzorze). Sama umie ubrać majtki i spodnie oraz jak się nie wygłupia to także podkoszulkę i bluzkę. Umie założyć buciki jeśli ma dość cierpliwości. Budzi się w nocy na siusiu. Nalewa kotkowi wodę do picia. Rano budzi się i rozmarzonym głosem mówi 'maaaamiś'.

I myśl o tym, że mogę mieć dwa takie łobuziaki w domu, jest silniejsza od każdego strachu i każdej wątpliwości....

piątek, 2 maja 2014

Ja!

Po wielu tygodniach z uporem powtarzanego przez Tosię 'ty' jak pokazywała na siebie, przyszła w końcu pora na 'ja'. A razem z JA pojawiła się silna potrzeba samodzielności. Jeszcze nie ma 'ja siama', ale jest mocne 'ja' - ja! sama ubiorę buciki (oczywiście lewy na prawą nogę i odwrotnie). ja! sama się rozbiorę z piżamki. ja! sama ubiorę się. ja! sama wejdę na zjeżdżalnię... I tak cały dzień. :) wydłuża nam to wiele czynności, ale i upraszcza mi życie ;) A zważywszy na to, że z powodu obniżenia narządu rodnego nie mogę dźwigać, to zmiana roli na placu zabaw z holującej na wszystkie sprzęty na asekurującą jest mi bardzo na rękę.

Ze śmieszniejszych sytuacji z tym związanych, mogę przytoczyć dzisiejszą -  mała zapinając się w pasy w wózku przycięła palec. Przyłożyłam jej chusteczkę by zatamować krwawienie i żeby się nie ubrudziła cała krwią. No to ona kategoryczne 'ja!' i całą drogę sama trzymała sobie chusteczkę przy tym palcu a jak pytałam, czy mogę obejrzeć paluszek jak się goi mówiła 'nie! ja!'. ;) I na dobrą sprawę dopiero w domu mogłam obejrzeć ten nieszczęsny palec ;)

środa, 30 kwietnia 2014

Strach

Od stycznia borykaliśmy się z dużym problemem. Nagle, z dnia na dzień u małej pojawił się silny lęk przed kąpielą. Panika, rozdzierający krzyk, płacz i sprzeciw już jak się wspomniało słowo kąpiel.

Długo nie wiedzieliśmy o co chodzi, wcześniej uwielbiała się kąpać. Nie chodziło o wodę bo na basenie szaleje jak zawsze. Nie chodziło o wannę bo w wanience i w baseniku było to samo. Nie o łazienkę, bo w salonie albo u mojej siostry to samo.  Próbowaliśmy wszystkiego - zabawek, kolorowej wody, kąpieli w pokoju w dmuchanym baseniku, kąpieli ze mną, kąpieli małej z cztery lata starszą kuzynką, zmiany kosmetyków, badania moczu pod kątem czy ją pupa nie szczypie w wodzie, no dosłownie wszystko.

Po dwóch miesiącach doszłam do punktu, w którym na myśl o kąpaniu Tosi dostawałam gęsiej skórki.
A na myśl o tym, że zbliża się piaskownica i konieczność codziennego mycia, dochodziły mdłości.

Po trzech miesiącach już zaczęłam odpuszczać dla własnego zdrowia psychicznego, kąpaliśmy małą z raz w tygodniu, a mycie głowy miała może raz na dwa tygodnie.

W czwartym miesiącu wymyśliłam 'kąpanie' a właściwie mycie w umywalce. Na chwilę podziałało.

Teraz coś się zmienia, zaczęła się kąpać już bez krzyku, bawi się w wodzie. Zlokalizowałam źródło lęku - mycie głowy. W jakiejś książce wyczytałam, że dziecko zawsze po jakimś czasie przechodzi z fazy lęku do fascynacji- było to opisane na skrajnym przykładzie chłopca, który bał się ognia a potem zaczął wszystko podpalać. Widzę i u nas zmianę, mała przy każdej kąpieli chce nam myć głowy, wyraźnie ją to bawi. A dziś nawet sama polała sobie dwa razy głowę z kubeczka przy spłukiwaniu szamponu. Oczywiście zaraz był płacz żeby buzię wytrzeć, ale coś się zaczyna dziać w dobrą stronę chyba.... Oby, bo osiwieję niedługo.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Terapia, warsztaty, smak.

Kiedy alergie Tosi wymogły na nas zmianę diety, gorączkowo i rozpaczliwie szukałam przepisów na coś zjadliwego.

Trafiłam na blog Smakoterapia.

I tak zaczęło się zmieniać nasze życie.

W weekend tak się szczęśliwie złożyło, że i ja i warsztaty Smakoterapii znaleźliśmy się w Poznaniu. Nie mogło mnie tam zabraknąć.

Pięć godzin gotowania, zdobywania i wymieniania wiedzy inspiracji, doświadczeń.

Trudno się było przebić w tym zgiełku, zamieszaniu i hałasie warsztatowym, a ja do tego wszystkiego nie jestem z tych przebojowych, więc nie zadałam wielu pytań, które chciałam zadać.

Ale wyszłam z głową spuchniętą i bolącą od wiedzy, planów, możliwości.

Stopniowo, powoli (bo niestety kosztownie) będziemy zmieniać swoje otoczenie na zdrowsze, bardziej przyjazne. Wielu rzeczy chcę spróbować, na wiele spraw otworzyły mi się oczy i serce. Te warsztaty to w chyba najmniejszym stopniu były o gotowaniu.

Ale i gotowanie było pyszne. Szereg w sumie prostych, a naprawdę smacznych i megazdrowych dań. A najprostszy i najważniejszy dla mnie dowód, że było warto? Tosia przybiegająca co chwilę do kuchni po 'nowy' chlebek jaglany i wołająca 'esce mniam' pokazując na pastę z adzuki.

Zdjęć z warsztatów nie mam, bo ani czasu ani głowy na to nie miałam ;) Każdemu polecam warsztaty z Iwoną, naprawdę warto. :)