Click Me Click Me Click Me Click Me Click Me

sobota, 1 lutego 2014

Sama prawda. On i ona.

Kot śpi, młoda śpi, mąż śpi.

A mnie ostatnio niewesołe myśli po głowie chodzą. O moim życiu, zdrowiu, małżeństwie, macierzyństwie.

Życie na emigracji wykańcza mnie psychicznie a przez to siada mi zdrowie. Nie daję rady. Kiedy jedyną atrakcją w twoim życiu staje się wyjście na plac zabaw z dzieckiem bo może spotkasz tam koleżankę z Polski, mózg zaczyna się rozmiękczać. Niemiecki umiem coraz lepiej - biernie. W spożywce zaginam nawet męża. W głowie układam okrągłe zdanka. Ale mówić ni chu chu. Nie i koniec. Modlę się, by stało się tak, że wyjedziemy do anglojęzycznego kraju. Niech nawet będzie Australia... Albo wrócimy do Polski. Niemcy to nie jest kraj, w którym się odnajdę. Tutaj skończę jak moja ciotka, po 30 latach mieszkania w DE była nadal nieszczęśliwa z tego powodu i z wybitnie polskim akcentem.

Moje małżeństwo... Wiecie miałam ostatnio taki sen. Chcieliśmy sie rozstać, szliśmy ulicą tu w miasteczku i chcieliśmy pójść każde w swoją stronę. I za każdym razem jak próbowaliśmy to Tosia brała nasze ręce i zmuszała nas żebyśmy się chwycili za nie. I tak się właśnie czasem czuję. Mój mąż przychodzi z pracy późno, pobawi się trochę z małą, zje obiad i zasypia. Czasem się trafi jakiś seks. Weekendy w większości pracujące. Małżeństwo? Czy my bywamy małżeństwem? Coraz częściej czuję się jak kucharkosprzątaczkoopiekunkadodzieckaikota bez prawa do urlopu i wolnego czasu. Zastanawiam się, czy mój mąż zna mnie tak naprawdę? Czy wie, co naprawdę chciałabym dostać na jakąś okazję? Czy widzi, że powiększająca się kwota wypłaty nie czyni z nas szczęśliwej rodziny? Mam coraz więcej wątpliwości, coraz więcej pytań bez odpowiedzi, coraz więcej spraw które niezamknięte spędzają mi sen z powiek a mój mąż nie ma odwagi by je zakończyć. To ja jestem odpowiedzialna za zdrowie i rozwój Tosi, za jej żywienie, za jej pielęgnację, to ja zajmuję się domem bo gdy odpuszczam to zarastamy syfem po dach (w ramach eksperymentu dwa dni stała w sypialni na biurku szklanka po niedopitej herbacie. zgadnijcie, kto się nad nią zlitował w końcu bo już nie mógł wytrzymać...), to ja muszę pamiętać o wszystkim co ważne bo jak zapomnę to nikt nie pamięta (podatki, lekarze).

W dupie mam taki "gender" w którym kobieta jest i kobietą i facetem w małżeństwie a facet... Facet się ślizga jak może po linii najmniejszego oporu.  Są, są te fajne momenty, kiedy się zapomina o wszystkim, ale to są coraz częściej tylko momenty, jak piękne zdjęcie z sesji rodzinnej. A poza nimi jest proza życia,  rzeczywistość samotnej matki z mężem.

Kiedy się poznaliśmy, on wydawał mi się zupełnie inny. Spokojny, opanowany, pomyślałam sobie, ten facet mnie sprowadzi na ziemię, uspokoję się przy nim, zorganizuję. Z czasem okazało się, że ten spokój to tylko z wierzchu taka skorupka. Że ten sympatyczny, spokojny facet nie potrafi postawić na swoim, nagina swoje życie do tego, czego chcą od niego inni. Że boi się postawić bo a nuż komuś sprawi przykrość, a nuż ktoś mu powie, że się na nim zawiódł. Łatwo nim manipulować. Co skrzętnie wykorzystuje jego pseudorodzina i pracodawcy. Wkuropatwia mnie to coraz bardziej.

Ale wiecie, jak go poznałam, coś mi się w głowie przekliknęło. I choć czasem myślę sobie, fantazjując co by było gdyby... Kocham faceta. Nie zostawię, nie poddam się. Choćbyśmy mieli na terapii małżeńskiej wylądować.

I wiecie co jest najsmutniejsze? Wiem, że w wielu domach tak jest. I nie przemawia do mnie pieprzenie, że 'faceci tak mają'. To niech nie mają. A skoro nie potrafią być facetami, to kastrować masowo. O. Jak znam siłę rodzaju żeńskiego, wymyślimy w końcu sposób na rozmnażanie się przez pączkowanie. ;)

19 komentarzy:

  1. Współczuję Ci, ja nie wyobrażam sobie życia w Niemczech, nie lubie tego języka i jakieś mam uprzedzenie do Niemców, a z drugiej strony perspektywa siedzenia w Polsce też mnie dobija, bo zdaje sobie sprawę, że nigdy się tu nie dorobię, bo musiałabym pracować 24h :D
    Co do facetów, mam podobny problem z tatą mojej O. (nie jesteśmy małżeństwem co prawda, ale tak żyjemy), ostatnio zauważyłam, że nie umie postawić na swoim i upomnieć się o swoje. Doprowadza mnie to do szału.. Gdzie Ci mężczyźni !?
    Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WHO coraz bardziej obniża normy nasienia... Facet, który jeszcze kilka lat temu według norm byłby niepłodny, dziś okazuje się być supersamcem... O czymś to świadczy... ;) Wiesz ja nie mam nic przeciwko emigracji, w Polsce się ciężko żyje. Ale nie do Niemiec ;)

      Usuń
  2. A dlaczego nie do Niemiec? jesli to nie jest zbyt osobieste, napisz proszę. Prawodpodobnie niedlugo tez bede Polka na emigracji w pieknym miescie Berlin, bardzo sie boje :( mazpracujacycalodobowo cos jak Twoj i samotnamatkawmalzenstwie, z dala od reszty rodziny. Nie wiem, jak mialabym tam zyc. Pociesz. jezeli to mozliwe. sciskam Was mocno. L.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieszkam tu rok i nie umiem się odnaleźć i to chyba nie tylko o barierę językową chodzi. Sama nie wiem. Pocieszyć mam.. Nie wiem czy umiem, emigracja nie jest taka prosta i różowa jak się wszystkim wydaje. Może jak znajdę się w kraju w którym będę umiała się skomunikować z każdym, to będę mogła napisać coś mądrego. A jak Twoja znajomość niemieckiego? Będziecie tam zameldowani?

      Usuń
    2. Moj niemiecki jest bardzo podstawowy, rozumiem trzy po trzy ale nie mowie :( okropnie sie boje i mam dola, co jak mala sie przeziebi, i trzeba bedzie isc do lekarza??? ma sa kra. Maz zna niemiecki bardzo dobrze. bedzie mial tam prace. bedzie tam zameldowany, a czy my tez to nie wiem. A czy to jest wazne? dziekuje

      Usuń
    3. poszukaj już teraz polskich lekarzy, ja na szczęście mam polską pediatrę tu. Jak mąż zameldowany to lepiej niż dobrze, zameldujcie się też, dostaniecie kindergeldy i w ogóle łatwiej, opieka medyczna i te sprawy. widzę, że Twój niemiecki to tak jak mój ;) dasz radę. my baby silne jesteśmy. czasem aż za...

      Usuń
    4. Dziekuje...dopiero jak bede wiedziała w któ®ej czesci Berlina bedziemy mieszkac poszukamy lekarza. A co Wy nie jestesce zameldowani?? Tutaj jestem tez jak samotna matka prawie bo maz nonstop w robocie;/ ale po polsku przynajmniej w sklepie babka zagada!! a tam??? czarna rozpacz normalnie. Ja juz sama nie wiem. Nie chce ans rozdzielac, choc moze na poczatku ja bede tu, a on tam. Nie wiem tez jak poradze soie sama z mala, bo czasem padam juz na twarz....... dobrze wiem, o czym piszesz bo u nas tez ja tylko mysle o karmieniu, szczepieniach i podatkach.... a on ma czasem glowe w chmurach. ohhh jak bardzo zaluje, ze nie mieszkacie w berlinie;/// sciskam mocno

      Usuń
    5. My się nie możemy zameldować, bo nam mieszkanie wynajmuje firma. Poza tym mąż jest tam na delegacji, to jest bardzo skomplikowana sytuacja. Opiekę medyczną też mamy tylko doraźną, na kartę EKUZ niestety. Udało się dla małej załatwić normalną opiekę pediatryczną, ale my oboje tylko na pomoc doraźną możemy iść w razie co. Wiem o czym piszesz, ja jechałam do Niemiec posrana ze strachu. Pierwsze dwa miesiące niemal nie wychodziłam z domu. Kiedy pierwszy raz poszłam do piekarni pod blokiem i wydukałam, że chcę dwie bułki i ciastko byłam z siebie dumna nie mniej niż po ważnym egzaminie ;) Sytuacja rozłąki rodziny jest do bani, jest dużo gorsza niż samotność na obczyźnie. Bo mimo wszystko tutaj mąż wraca wieczorem do domu... Z czasem poznasz jakieś polskie mamy na placach zabaw, Tu gdzie ja jestem jest sporo Polaków, w Berlinie na pewno więcej, bo moje miasteczko to taka większa wiocha jest ;)

      Usuń
  3. A ja wszystkich emigrujących podziwiam! Nie byłabym w stanie wyjechać, pomijam barierę językową, która jest w mojej głowie (bo ang na poziomie komunikatywnym, matura pisemna z francuskiego, a słowa nie umiem wydusić przy obcokrajowcach...)
    Jeśli chodzi o małżeństwo... Podpiszę się pod tym co napisałaś. W prawdzie mój mąż umie postawić na swoim, ale cała reszta się zgadza.
    i jedno spostrzeżenie: myślę, że się przy nim zorganizowałaś, skoro o tyle rzeczy dbasz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dzięki wyjazdowi do DE swobodnie posługuję się angielskim, zawsze go dobrze umiałam, ale mówić nie miałam odwagi, a tutaj muszę, bo nie dogadam się po niemiecku np z lekarzem, a po angielsku da radę. Choć Niemcy baardzo nie lubią mówić po angielsku. Mi się też wydawało, że ja za granicę mieszkać, no way... A jednak ;) Nigdy nie mów nigdy :)

      Usuń
  4. Ja teraz przeżywam to, co opisywałaś ponad rok temu, kiedy mieszkałaś w Polsce, a mąż pracował w Niemczech. Minął dopiero miesiąc, a ja czuję się wypruta totalnie. Planuje wrócić za 3-4miesiące, ale ponieważ tam zarejestrował firmę, będzie musiał wyjeżdżać co jakiś czas.

    Młoda chyba jest w okresie skoku rozwojowego i od trzech dni mam w domu jesień średniowiecza. Wcześniej jak były bardziej humorzaste dni odliczałam minuty do powrotu męża z pracy żeby jakoś mnie odciążył. Podział obowiązków rozkładał się 75 do 25% na jego korzyść, ale i tak to było niebo... Także teraz w dwójnasób podziwiam Twój hart ducha.

    A wpienia mnie totalnie to, że na Zachodzie można stworzyć dobre warunki do rozwoju przedsiębiorczości, a w Polsce podkłada się ludziom kłody pod nogi. Dlatego coraz więcej młodych, zdolnych wyjeżdża za granicę, żeby tam się realizować. I albo stoją w rozkroku, bo niektórzy nie chcą zostać za granicą na stałe i tak sobie bytują raz tu-raz tam, albo emigrują. Smutne to.

    Faceci niestety szybko się przyzwyczajają do dobrego. Zresztą jak chyba każdy. Jesteśmy ze sobą kilka lat i zawsze jak brałam na siebie wszystkie obowiązki, po jakimś czasie mój małż kochany się przyzwyczajał i nie robił w domu nic. Chciałam dobrze, no bo pracuję do późna, żeby odpoczął, no bo ja dobrą żoną chcę być:) Tylko taka sytuacja wykańcza nie tylko fizycznie. I po pewnym czasie pękałam. Po oczyszczającej rozmowie był okres miesiąca miodowego, a później znów brałam wszystko na siebie. I koło się zamyka.

    Także rada jedna - rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Zanim żal stanie się zbyt duży i przysłoni wszelkie codzienne radości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko chyba bycie w rozdzieleniu jest bardziej do bani niż taka kijowa emigracja jak moja ;) Co mi było po tym, że pogadałam z panią w sklepie po polsku, skoro w przypadku choroby dziecka lub swojej zostawałam sama z problemem... Głupi dentysta był megaproblemem, bo nie było z kim dziecka zostawić... Taka sytuacja na dłuższą metę jest nie do zniesienia. Ja wytrzymałam 9 miesięcy ciąży i 10 meisięcy życia małej, pewnie bym wytrzymała i dłużej, ale jakim kosztem? Mała do dziś panicznie się boi jak mąż wychodzi.... :(

      Usuń
  5. Ja tez nie akceptuje sytuacji a raczej wymówki, że faceci tak mają. Nie i koniec.

    OdpowiedzUsuń
  6. cały dzień myślę co Ci napisać i dalej nie wymyśliłam także ten, tulę :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :* dam radę. jak zawsze. :) Czasem trzeba się wyrzygać emocjonalnie bo mdłości i odbijanie bywają gorsze od rzygu ;) Dlatego to napisałam. :)

      Usuń
  7. Hej Czarownico i inne dziewczyny, mimo, że jestem samotna to uważam, że jeżeli coś w związku nie gra to trzeba usiąść razem i naprawdę szczerze porozmawiać, jak we dwoje nie dajecie rady to zaangażować psychologa, terapeutę czy kogoś takiego. Przez brak takiej rozmowy, i w ogóle rozmów, rozpadł mi się związek i to w przykry sposób. A co do języka, to jeszcze w Polsce warto zainwestować w native speakera, czy szkołę językową skoncentrowaną na mówieniu i rozumieniu. Ja tak właśnie przestałam się bać mówić po angielsku: masz gadać, nie ważna gramatyka masz gadać i się dogadać jak powtarzał mój native. Trzymajcie się wszystkie cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ojjj jak w kwestii małżeństwa ja Cię dobrze rozumiem. Nie jestem na emigracji a czuję się jak ostatnie ogniwo rodzinnego łańcucha czasami. Czasem mam ochotę tego męża mojego w kosmos wystrzelić.

    OdpowiedzUsuń