Macierzyństwo rzecz niełatwa. I nie każdemu przychodzi naturalnie. Gdzieś pomiędzy reklamowym różowym bobasem, a rozwrzeszczanym obsrajtusiem matka cały czas lawiruje. 24 godziny na dobę. Siedem dni w tygodniu. Cały czas na pełnych obrotach, na trzy zmiany, z symboliczną najczęściej pomocą rodziny. Czasy domów wielopokoleniowych, gdzie matka zajmowała się dzieckiem jakieś 30% czasu, bo przedtem/potem przejmowali je dziadkowie, ciotki, wujkowie, minęły dla większości bezpowrotnie.
Matka ma dużo na głowie. Dziecko ma na głowie, dom ma na głowie żeby czysty był i reprezentacyjny, obiad no i ciasto jak goście przyjdą.
Matka jęczy. Bo zmęczona, bo baterie wysiadają, bo nawet duracelle się w końcu wyczerpują i króliczek ni chu chu dalej. Bo dziecko ząbkuje. Bo dziecko brzuch boli. Dziecko wisi na matce i wyje. I szuka pomocy. I tę pomoc oczywiście znajdzie, bo nawet na resztce zasilania, matka heroicznym wysiłkiem wysmaruje dziąsła, czopek zapoda i utuli.
Matka jęczy. Gdzie jęczy? No przecież nie rodzinie, bo co by powiedzieli. Że wyrodna, że wiedziała na co się decyduje, że to minie, że ma zacisnąć zęby i brnąć dalej. Matka zakłada bloga. Matka szuka matek takich jak ona. Jęczących czasem. Matka na tym blogu pisze, wybrane wycinki ze swojego życia. Matka nie pisze o słitaśnych foteczkach, o pulajkach różowych. Matka pisze, żeby spuścić ciśnienie z opon. Bo nie chce wyładowywać się na dziecku. Oczami wyobraźni widzę Matkę z pasją walącą w klawisze, z każdym uderzeniem czującą mniej złości. I kiedy naciska 'opublikuj' już jest ok, idzie do dziecka przytulić je. I nie jest już jęczącą matką. Jest Matką.
To wszystko co napiszecie w komentarzach, to prawda. I Matka o tym wie. O rozpoznawaniu swoich uczuć, o porozumieniu bez przemocy, o poświęceniu, blah blah blah.. Tyle w teorii. Bo co innego jest wiedzieć intelektualnie, a co innego jest przepracować to. To tak jak z terapią. Nie wystarczy powiedzieć 'mam problem', albo 'jestem DDA', żeby się wyleczyć. Bo wiedza to za mało. Trzeba dotrzeć do głębi syfu jaki się w sobie ma. Trzeba go wyrzygać, wyryczeć. I dlatego Matka jęczy. Żeby nie chować w sobie brudu. Żeby za dziesięć lat nie powiedzieć dziecku 'bo ja się poświęciłam a ty tego nie doceniasz'. Matka wie, że nikt za zmienianie obsranych pieluch i gotowanie obiadków jej nie podziękuje, bo to, że to robiła, jest oczywistą oczywistością. Bo jest Matką i taka jej rola. Jest Niezłą Matką.





Brawo! Zgadzam się i podpisuję się pod tym "ręcyma i nogyma".
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Matka Jęcząca czasami.
to "żeś wyczarowała" post ! pięknie to ujęłaś :)
OdpowiedzUsuńJa jak już jęczę to mężowi :D o ile w ogóle bo nie mam na co - ja dziś o tym samym tylko inaczej ;)
OdpowiedzUsuńDzięki :)
OdpowiedzUsuń:))
OdpowiedzUsuńAmen :)
OdpowiedzUsuńCudowny tekst. Dużo mi dałaś tym postem. Czuję się usprawiedliwiona :)
OdpowiedzUsuńO, i ja się z powyższym zgadzam!
OdpowiedzUsuńa gdzie indziej jęczeć jak nie na blogu:) a tak na serio to wprawdzie ciężo jest ale nigdy bym tego na żadne inne zajęcie nie zamieniła buzka
OdpowiedzUsuńJa tez po to zalozylam wlasnie bloga. Dlatego nie mam zamiaru ukrywac jak jest i o tym wszystkim pisze. Jak jest fajnie to pisze, jak zle to tez:) Jedna stala to milosc do mojego synka i to, ze nie zaluje decyzji o dziecku. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńsuper to napisałaś lepiej nie można tego byłó ująć;)) a najbardziej rozwaliłaś mnie tymi słitaśnymi foteczkami i różowymi pulajkami;)))
OdpowiedzUsuńw 100% cię popieram;)
Od teorii do praktyki, jak sama zauważasz, daleka droga. Pomocna w tej drodze jest mysl, że jestem w procesie i że rzeczy dzieją się w swoim rytmie. Niczego przyspieszyć ńie mogę. Mnie takie myślenie bardzo pomogło w przepchnięciu PbP z głowy do serca. Trzymam kciuki za Matkę, która już wie.
OdpowiedzUsuńczasem zdrowo sobie ciut pojęczeć ;-)
OdpowiedzUsuńOj, oj. oj ufff :D
OdpowiedzUsuńBardzo dobry post, naprawdę zaczęłam się bać..:)
OdpowiedzUsuń