Zawsze byłam osobą której musiało się przydarzyć naprawdę COŚ żeby zaczęła płakać. Takie naprawdę duże coś. Jakieś rozstanie po latach, śmierć babci, udar ojca czy coś. Na filmach - zero łez. No, na Gladiatorze na scenie śmierci łezka poleciała :P. Za to teraz jestem gejzerem emocji. Kłębkiem nerwów. Bombą zegarową. Anglicy mają na to dobre słowo: Overreacting. Łatwo się wkurzam, jestem niecierpliwa, szybko się nakręcam na coś, megałatwo schizuję, płaczę na głupich reklamach i łzawych lub "słitaśnych" scenach w filmach i serialach. Byle co w rozmowie z kimś i już mam łzy w oczach. Przez dwa lata łatwo znosiłam rozłąki z mężem na jego delegacjach. Teraz ledwo daję psychicznie radę. A właściwie nie daję w ogóle. Siedząc sama w domu na zwolnieniu mam dużo za dużo czasu. Wcześniej miałam pracę, dużo, dużo pracy. I ciągły kontakt z ludźmi, teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak beznadziejnie sama tu jestem. Nie mamy tu przyjaciół, ciężko nawet mówić o jakichś 'znajomych'. Do porodu musieliśmy nająć doulę...
Oboje bardzo chcieliśmy wyrwać się z domów, uciec od starego życia. Ale chyba uciekliśmy za daleko... Mamy tu tylko siebie. A właściwie to nie mamy, bo ja jestem tutaj, a mąż 1200km stąd w jakimś hotelu.
To się ma zmienić jak się Tosia urodzi. Ale nie mam pewności, czy do tego czasu ja nie zeświruję tutaj. Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że gdyby coś mi się stało, nie wiem, straciłabym przytomność czy coś, najbliżej mieszkające osoby, które się zaniepokoją tym, że się nie odzywam, mieszkają 500km ode mnie. Zanim by dojechały, ja już byłabym w stanie niezłego rozkładu...
Sad but true. Siedzę sama, od kilku dni walczę z uporczywymi biegunkami, nie wiem od czego, mam syf w mieszkaniu bo mi się nie chce, bo nie mam dla kogo posprzątać bo i tak nikt nie przyjdzie, leżę i oglądam jakiś durny serial sezon po sezonie. A teraz piszę to i znowu łzy napływają do oczu.
Mąż raczej nie ma ochoty na zmianę pracy, w końcu w tej się spełnia i ma z niej kupę kasy, każdą naszą rozmowę na ten temat kończy tekst że poczekamy aż się mała urodzi i zobaczymy. Ja wyjeżdżać za granicę nie chcę bo tam nie dość że będę tak samo sama jak tu, to jeszcze w kraju którego nie znam i którego językiem nie umiem się posługiwać. A dla męża praca w Polsce na moich warunkach czyli 'żona chce mieć męża a dziecko chce mieć ojca" to degradacja, finansowa, ambicjonalna itd. I ja to staram się rozumieć, ale boję się, że za to zapłacę cenę i ja, i zapłaci za to dziecko. Bo będzie miało tatusia na weekendy, nie, przepraszam, tatusia na 12 z 52 tygodni w roku, i wiecznie zmęczoną, zgorzkniałą matkę.
Przepraszam za smęty, ale taki mam dziś słaby dzień. Właściwie mam słaby dzień od soboty już.
http://www.youtube.com/watch?v=4qNwNc8u50s





gdzie mieszkasz? już jadę!!! a poważnie: czasami mamy gorsze dni, a w ciąży to już w ogóle, jak urodzi się Tosia to już nie będziesz sama, tymczasem głowa do góry
OdpowiedzUsuńSpokojnie, to tylko hormony :-) ja pod koniec ciąży miałam taką chuśtawkę, że wyłam od rana do wieczora i męża na gwałt ściągałam z pracy! To wszystko minie, zobaczysz!
OdpowiedzUsuńMy generalnie mieszkamy w UK i na początku też czułam się samotna! Byłam przerażona brakiem kontaktów towarzyskich ale postanowiłam to zmienić. I choć nie należę do osób śmiałych postanowiłam zacząć poznawać nowych ludzi ( za pośrednictwem portali społecznościowych) i szukać przyjaciół, na których można polegać. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że warto wychodzić do ludzi!!! Mam kilka bardzo dobrych koleżanek na któych zawsze mogę polegać! Czuje się bezpieczznie!!! Głowa do góry będzie dobrze!
Będzie dobrze - zobaczysz! Musi być! Wiem, że dasz radę. Życzę powodzenia i przytulam wirtualnie:)
OdpowiedzUsuń