Odkąd jest Tosia, uczę się na nowo bawić. Myślę, że wchodząc w dorosłość, obwarowani społecznymi nakazami i zakazami, zatracamy umiejętność bawienia się.
Uczę się, że zabawa nie musi mieć ani początku ani końca.
Że może nie mieć żadnego celu.
Że nikt nie musi wygrać.
Że można się bawić w pięć zabaw jednocześnie.
Że przedmioty mają wiele zastosowań, nie tylko te z instrukcji.
Że można zawiesić nogę w połowie kopnięcia piłki by polecieć po książeczkę, którą Koniecznie-i-właśnie-teraz-musisz-mi-mamo-opowiedzieć, by znudzić się oglądaniem po pierwszej krówce i polecieć na balkon wodę wylewać.
I już się nie wstydzę śpiewać na ulicy 'Kolorowe kredki'. Tym bardziej, że i tak nikt nie rozumie, co śpiewam :P





Sama prawda:))
OdpowiedzUsuńPięknie to napisałaś!
OdpowiedzUsuńu nas to samo:)
OdpowiedzUsuńZgadzam się :) Sama się nauczyłam na nowo przy Mikołaju i z Dominikiem już szaleję od pierwszych dni bez oporów, że a ktoś coś sobie może pomyśleć :) Mam ochotę to śpiewam i już ;) Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńZabawy na nowo są super sprawą, ale do oglądania Teletubisów nie mam głowy...
OdpowiedzUsuńsama radość taki powrót do dzieciństwa :)
OdpowiedzUsuńJa na ulicy moze nie śpiewam, ale na karuzeli szaleję tak jak i moje dziecko:)
OdpowiedzUsuńOj tak, oj tak! Ja też śpiewam, a czasem nawet się nie obejrzę, czy ktoś idzie!
OdpowiedzUsuń