Click Me Click Me Click Me Click Me Click Me

sobota, 31 marca 2012

Samotna matka w wielkim mieście.

Chwilowo jestem 'samotną' matką. Matką niespełna siedmiotygodniowego absorbującego niemowlęcia. Niemowlęcia które najchętniej 24 godziny na dobę spędzałoby na cycu, jedząc, ciumkając lub śpiąc. Dziecka, które ma niesamowitą wręcz potrzebę kontaktu fizycznego.

Ale czy to znaczy, że chodzę w szlafroku, mdleję z niedospania, warczę na cały świat i ryczę po nocach?

Nie.

Kocham bardzo moje dziecko, ale uważam, że jak popłacze trzy minuty w czasie jak będę brała prysznic to nic się nie stanie. Muszę również zjeść obiad, co wymaga użycia dwóch rąk obsługujących nóż i widelec. Więc musiałam się uodpornić na przyobiadowe wycie. Pranie trzeba powiesić, co również wymaga wolnych obu rąk. Nie da się tak, by dziecko cały czas było cicho. Nie da się tak, by 100% doby poświęcić dziecku. Musiałabym mieć panią do sprzątania i gotowania. A nie mam.


Będąc 'samotną' matką, trzeba zaakceptować dwie rzeczy - nieuchronność płaczu dziecka i to, że nie robię dziecku krzywdy zajmując się sobą. Dla dziecka to również korzyść, matka która poświęci choć 15 minut dziennie na swoją osobę, będzie pogodniejszą matką, niż ta, która z tłustym zmierzwionym włosem, z jękiem wstaje do dziecka. I nie mówię tu o zewnętrznych pozorach, dziecko doskonale odróżnia uśmiech filmowy od prawdziwego. Położna środowiskowa mówiła mi, że jak chce mi się ryczeć to mam iść do łazienki się wypłakać i wrócić do dziecka z filmowym uśmiechem. Dupa tam, lepiej wziąć przytulić się do dziecka i poryczeć razem z nim, niż ryczeć w odosobnieniu a potem udawać że jest ok.

Ponieważ nie tylko jestem samotną matką ale też ogólnie samotnym człowiekiem tutaj, jedyni ludzie, których widuję, to ci, których spotykam w sklepie czy na spacerach. Od czasu do czasu komuś się przypomni z tak zwanych "znajomych" i wpadnie na chwilę... Nauczyłam się już nie potrzebować towarzystwa ludzi, którzy nie mają potrzeby mojego towarzystwa. Więc większość czasu jestem sam na sam z Tosią, czekając na powrót męża.

Wyjazd do L. nauczył mnie, że ludzie to w większości interesowne świnie, i leniwe na dodatek. Dopóki mieli jakąś korzyść z mojej osoby, byłam im po drodze. Teraz już nie mają, poza tym musieliby się wysilić i przyjechać. I poznikali. I krzyż im na drogę. "Przyjaciołom" mówię nie. Osobom, które nie pamiętają mojego numeru telefonu dopóki ja się nie odezwę, też mówię nie.

Wolę moje jeszcze nieskażone tak zwanym "życiem społecznym" dziecko, które komunikuje się prosto i bez podtekstów.

Na pewnym etapie życia zostaliśmy z mężem tylko we dwoje. Teraz mamy jeszcze Antosię. I wiecie co, to jest dobre, mamy swój hermetyczny, mały świat, w którym wszystko jest jasne. Przewidywalne. Spokojne. Na męża mogę liczyć zawsze. I tylko na niego...

10 komentarzy:

  1. no niestety tak czasem bywa gdy pojawia się dziecko, pewni znajomi znikają. Nie ma tego złego co cy na dobre nie wyszło, mnie dużo dają fora gdzie znamy się już z dziewczynami od początku ciąży czyli ze 2 lata no i kilka udało mi się poznać osobiście. powiem ci, że na dłuższą metę taki zamknięty świat i tylko ty i dziecko zaczynają dawać w kość. wiem to po sobie, mam nadzieję że niedługo jak wyjdzie słońce będziesz uśmiechnięta mamuśką i znajdzie się więcej niż twój mąż na którego możesz liczyc

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, to ważne i piękne, że możecie na siebie liczyć!

    Ja byłam też sama (mniej niż ty bo mój mąż wracał do domu po pracy) i też czasem bywało mi źle (bo wykąpać się trzeba,obiad zrobić itd itd... no i chciało się gębę do kogoś otworzyć)

    Mnie bolało to że "przyjaciele" nie spotkali się ze mną bo nie chciałam do nich przyjechać (z dzieckiem powiedzmy 2 miesięcznym) albo, że nie mogę wisieć na telefonie godzinami, albo nie rozumieli, że nie można już u mnie siedzieć do 24 i pić piwa grając na ps (mieliśmy jeden pokój w poprzedniej lokacji)albo, co było hitem, że w tym roku nie zaopiekuję się ich psem jak oni pojadą na urlop. Po co komu tacy "przyjaciele"...

    OdpowiedzUsuń
  3. oj z tymi "przyjaciółmi" znam to znam, nie wszystkimi, ale miałam takie przypadki, ja z tych ludzi co błagać nie będę i narzucać się też nie lubię, nie to nie i już, a jak sobie o mnie przypomina ktoś bo coś chce no to "z prośbą to pod kościół" i już ;). co do płacz we dwoje, też tak czasem mam, jednak mąż mój często jest przy nas (on nie płacze, on wspiera ;) )pozdrawiam serdecznie !

    OdpowiedzUsuń
  4. Znam to. Moje przyjaciółki z którymi znam się od 4 klasy szkoły podstawowej zamilkły już jakiś czas temu i nawet moje próby kontaktu nie pomagały. Boli to bardzo ale nie da się nikogo zmusić do utrzymywania kontaktu... :| Na szczęście mam znajomych którzy mają dzieci i czasem udaje się z nimi spotkać chociaż teraz gdy mam już drugie dziecko a one nadal jedno i wróciły do pracy kontakty się rozluźniły. Nie przyzwyczaiłam się jednak do samotności i brakuje mi babskich spotkań czy pogaduszek :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej no a nasze plotki i wspólne kawusie? Na naszą "dziwną" rodzinkę zawsze można liczyć!

      Usuń
  5. My mamy tylko małe grono znajomych (i celowo nie użyję tu słowa "przyjaciół"), którzy - tak się złożyło - też są obecnie na etapie rodzenia - my w zasadzie będziemy ostatni, ale cieszę się, że będziemy mieli nadal wspólne tematy, bo wspólną "sytuację". A inni - tez coś wiem o "przyjaciołach". Tych co to przypadkiem spotkani na ulicy mówią: "dlaczego się nie odzywałaś?" i umawiają na spotkanie "niedługo", które w rzeczywistości nigdy ma nie nastąpić...

    OdpowiedzUsuń
  6. tak to już jest w tym popapranym świecie konsumpcjonizmu i pędu za pieniądzem, że ludzie nie doceniają relacji i sympatii tych, którzy darzą ich prawdziwie życzliwymi uczuciami. Wypinają się dupskami i przypominają sobie o Nas jak coś się stanie albo i nie. Ja już dawno powiedziałam NIE moim koleżankom, które jako singielki były zazdrosne jak poznałam mojego P. do tego stopnia, że nawet na Nasz ślub nie przyszły. Ludzie to interesowne paskudy! Ale za to blogowe koleżanki zawsze wesprą dobrym słowem i prześlą uśmiech.
    Uśmiechnij się!

    OdpowiedzUsuń
  7. To bardzo mądre co piszesz... Ja jeszcze nie nauczyłam się zdystansować i kiedy mała płacze to od razu podbiegam... Ale wiem, że muszę się tego nauczyć i tak jak piszesz jeśli trzy minuty popłacze, a ja w tym czasie wezmę prysznic, to nic jej się nie stanie. Tylko ciężko mi się jakoś przełamać;) Ale mąż wraca już w tym tygodniu do pracy więc będę musiała się tego nauczyć bo inaczej nie da się funkcjonować. Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo przykre z tymi tzw. przyjaciółmi, mam nadzieję, że znajdą się w Twoim/Waszym życiu prawdziwi przyjaciele, a póki co, masz wsparcie wśród blogowiczek:)I pamiętaj, że jesteś prawdziwą szczęściarą mając tak cudowną córeczkę i wsparcie męża!

    OdpowiedzUsuń
  9. hah mnie nadal to meczy. L czyli Londyn? Moja kuzynka mieszka w Londku :-)

    OdpowiedzUsuń