Tak sobie dzisiaj przeczytałam to, co do tej pory naskrobałam na tym blogu. Nigdy nie byłam specjalnie stabilna emocjonalnie, ale jakoś trzymałam pozory chociaż, wiele w sobie po prostu dusiłam.
A w ciąży kompletna sinusoida. Od rozsadzającej czaszkę radości po płacz aż do mdłości... A wszystko podszyte grubą podszewką nieustannego lęku. I wszystko wywalone na wierzch. Nie idzie powstrzymać łez, nie idzie zdusić śmiechu. Słowa same cisną się na usta. Dzięki temu oczyściłam sporo relacji. Bo pierwszy raz w życiu powiedziałam, co myślę, bez zwracania uwagi na to, czy to kogoś przypadkiem nie urazi. Moje zdrowie psychiczne na tym bardzo skorzystało...
Było różnie, miałam sporo dni kompletnego zastoju emocjonalnego i umysłowego, na granicy wegetacji - paczka wafli ryżowych i sezon jakiegoś serialu zastępowały mi wszystko. Miałam sporo dni rozpadu emocjonalnego, dni wielkiej złości (najczęściej skumulowanej na Bogu ducha winnym mężu - mężu wiem, że to czytasz i wiem, że wiesz, że bardzo przepraszam :*), dni strachu co ma oczy jak wilk z bajki o Czerwonym Kapturku - tu też najbardziej cierpiał na tym mąż ;). Ale mimo wszystko największa jest radość i ciekawość jaka towarzyszy oczekiwaniu na dziecku.
Dzisiejsza technologia daje więcej możliwości, by tę ciekawość zaspokoić - na USG 3/4D widzisz, jak będzie wyglądało dzieciątko, możesz policzyć czy ma wszystkie paluszki... Jednak mimo tych możliwości, nadal trudno jest mi - zwykłemu "zjadaczowi chleba" ogarnąć jak to się dzieje, że z mikroskopijnych komórki jajowej i plemnika powstaje pięćdziesięciocentymetrowe dziecko z pełnym wyposażeniem w serce, mózg, nerki, wątrobę, i tę całą resztę. Że ma już ustaloną ilość komórek jajowych na całe życie. Że ma rzęsy, paznokcie, i swoje zdanie na każdy temat. I że można je tak kochać jeszcze zanim przyjdzie na ten świat...
A żeby nie było, że ja tylko filozofuję to spróbujcie sobie wyobrazić ciężarną na ostatnich nogach usiłującą się seksownie wyginać w rytm tej piosenki . Zmywając przy tym naczynia. Tak, ta tańcząca Buka to ja :P





A to tak na prawdę początek tej sinusoidy :). Z dzieckiem na świecie to dopiero bywa huśtawka.
OdpowiedzUsuń